Człowiek wystarczająco dobry

kobiety-niepozadane-malvina-pe

Wchodzę na jego profil. Zmienił zdjęcie. Ile to już czasu minęło? Ponad dwa lata. Usiłuję ustalić, czy po amputacji pozostał jakikolwiek ból fantomowy. Ze zdziwieniem odkrywam, że nie. Przeglądam wszystkie zdjęcia i czekam, aż mi wykręci serce na drugą stronę, ale nic takiego się nie dzieje. A więc mieli rację, kiedy mówili, że czas leczy rany.

Grażyna prosiła, żebyśmy nie uciekali od własnych emocji. No więc patrzę na tę jego mordę, twarz, którą kiedyś gładziłam opuszkami palców, z której spijałam łzy i która była mi najbliższą na świecie i zastanawiam się, co czuję. Tęsknotę za nim? Nieee. Chyba nie. Na pewno nie. Tęsknotę za człowiekiem, który rozumiał mnie bez słów i czuł zakończeniami połączeń nerwowych? Tak. Chyba tak. Bardzo tak. 

Przecież już go nie znam.
Ciężko mi.

Widzę, że jest szczęśliwy. To dobrze.
Nie ze mną. To źle. Źle?

Chyba tak, bo oznacza, że gdzieś, w którymś momencie, zawiodłam. Jako kobieta. Jako przyjaciel. Jako człowiek.

I tak, wiem, że związek to dwójka ludzi i oboje popełniają błędy i to nigdy nie jest tak, że tylko jedna strona bla bla bla. Ale nic nie poradzę na to, że czuję porażkę spływającą gdzieś z okolic przysadki mózgowej po gardle aż do serca.

Wciskam krzyżyk w prawym górnym rogu.

*

 

Ten sam eksperyment z Nie-Ważne-Jest-Imię.

Wchodzę na profil, czekam aż mną jebnie o ścianę, ale znowu nic, pustka, null, zero. Włączają się uczucia typowej fanki serialu nadawanego w niedzielne popołudnie: sympatia, życzliwość, proszę usiąść, ja-tu-pani-naleję, całuję rączki, uszanowanko.

No kurwa, co z tobą?! – pytam siebie kurtuazyjnie i wtedy zauważam. Zdjęcie. On. Bardzo szczęśliwy. Znów nie ze mną. 

I znów pytanie, które dziś nie pozwoli mi zasnąć.

 

*

Dlaczego nie jesteś z człowiekiem, dla którego byłabyś wystarczająco dobra?

 

*

Dlaczego nie jesteś człowiekiem, dla którego byłabyś wystarczająco dobra?

 

*

No i proszę.
Mamy odpowiedź.

0 Like

Share This Story

Damsko-męskie
  • m0gart

    Żyć wystarczająco dobrze… Sobą – dla kogoś, jak i ze sobą. Znowu ciężkie tematy…

    Lata temu mój dobry przyjaciel w sytuacji, gdy jemu, mnie lub któremuś z kumpli nie ułożyło się z jakąś kobietą, miał jedno pomocne stwierdzenie: to ona nie była wystarczająco dobra dla Ciebie.
    Wtedy to było zdanie, na którym można było oprzeć rozgoryczenie i tymczasowe zniechęcenie do rodu kobiecego, a nawet otworzyć nim butelkę wódki.
    Dziś wiem, że to nie jest takie proste.
    Faktem jest, że powinniśmy zacząć od siebie, od układania puzzli we własnej głowie, zanim zabierzemy się za czyjeś. Do tego jednak potrzeba dwóch rzeczy: dużej dozy autorefleksji, która pomoże dostrzec, że coś jest z nami nie tak, oraz samozaparcia, by coś z tym fantem zrobić.
    Niestety, najczęściej ludzie liczą na to, że jak poznają kogoś fajnego, to ten ktoś pomoże im te rozsypane puzzelki poukładać.
    Ale to tak nie działa. Partner nie powinien być naszym terapeutą ani psychologiem, nie mamy prawa obciążać go / jej problemami, które nawarstwiają się w nas całymi latami. Jasne, winien być dla nas wsparciem w trudnych chwilach, ale nie wtedy, gdy te „chwile” trwają 24 godziny na dobę, bo mamy nieprzepracowane problemy z dzieciństwa tudzież burzliwej młodości i wszystko skrupia się na Bogu ducha winnym człowieku, który przypadkiem polubił picie z nami porannej kawy.
    Zacznijmy od siebie.

    • http://www.martinijess.pl MartiniJess

      Zdecydowanie tak! Choć Ja i Jessica jesteśmy młodzi to mamy tą przyjemność, że absolutnie jedno drugiemu nie wchodzi na głowę, jak już po prostu nadajemy na tych samych falach choć to dwa inne światy. Ja jej kompletnie nie rozumie i jednocześnie rozumie wszystko. Ona patrzy we mnie jakbym miał na czole ”młody Bóg”. I wtedy zastanawiam się czy może być tak pięknie? Bo szczerze, żadne z nas nie robi nic na wyrost, po prostu jesteśmy.

  • tak

    W punkt. Malva, gdzie ta książka?!

  • Lola

    Próbuję od ponad dwóch lat… Cholernie ciężko i On ciągle w myślach wraca, nie pozwala mi to iść do przodu.

    • aktak

      polecam jakiś sport…bieganie na oczyszczenie myśli i skupienie się na sobie to pomaga max! Jeśli życie coś Ci zabiera, robi to tylko po to, abyś miał miejsce na coś nowego! ;)

  • Maja Makowska

    Jesteś wystarczająco dobra, taka jaka jesteś.

  • Jamboree

    Zmuszam się, żeby nie przeglądać profili. Dziś mój dobry kumpel poprosił mnie o pokazanie byłego. Bolało jak w pierwsze dni po rozstaniu…minęły 3 lata. Niby jest ktoś inny, ale jak można nazwać uczucie szczerym, jeśli wspomnienia zawsze kochają cień wspomnień.

    • KaZet

      To brawo ze jestes z kims innym, oszukujesz jego i siebie. Wieszcze rychly koniec i zycze poukladania w glowie.

  • superunknown

    Twoje ostatnie kilka wpisów to dokładnie to, co sama aktualnie przeżywam, i choć czytam Cię praktycznie od początku, to dopiero teraz poczułam, że muszę coś tu napisać.

    jakiś miesiąc temu zauważyłam, że na fejsiku założył konto mój były. pierwsza burzliwa miłość z liceum, największa, najprawdziwsza, zakończona zerwaniem, potem schodzeniem się..od początku tej miłości minęło ponad 10 lat, od ostatniego kontaktu w jakiejkolwiek formie jakieś 6. absolutnie nic, poza sentymentem i dobrymi wspomnieniami, do tego pana już nie mam, w dodatku mieszkam na innym kontynencie, toteż pewna siebie wysłałam mu na tym fejsiku zaproszenie.

    przyjął.

    niespecjalnie ekscytujące to było, albowiem i tak miał wszystko publiczne, więc mogłam i bez bycia znajomymi zobaczyć, jak teraz wygląda i co u niego. to również niespecjalnie ekscytujące było, bo oczywiście jak 100% moich byłych spasł się, chla i generalnie to by było na tyle.

    po jakimś miesiącu „bycia znajomymi” zablokował mnie na fejsie. żeby nie było, nic do niego nie pisałam, nie uraczyłam go żadnym lajkiem ani komentarzem..

    nie rozumiem, ale najwyraźniej to nie on….to ja. nieprawdopodobne, że jeszcze tego nie strawił.

    anyways, historia numer dwa z drugim byłym. rozstanie jakieś 4 miesiące temu. dalej nie mogę się pozbierać – zajadam stres, emocjonalnie jestem wrakiem, nie widzę sensu życia, musiałam go zablokować, żeby choć próbować o nim nie myśleć codziennie.

    i tak myślę, a dodatkowo co jakiś czas nachodzi mnie chęć odblokowania go i zerknięcia na jego profil..to też dziś zrobiłam, przepłakałam potem całą drogę z pracy do domu mimo, iż nic tam nie znalazłam, bo nie jest szczęśliwy beze mnie, ale boli sam fakt, że jest beze mnie, że ja bez niego jestem i że nie mogę być z nim.
    pojutrze jego urodziny i po raz pierwszy odkąd się znamy, a będzie jakieś 10 lat, nie złożę mu życzeń.
    naprawdę mam nadzieję, że czas leczy rany.

    • Kata rzyn

      Leczy. Ale czy z kolejnym zwiazkoem cos sie zmienia? Czy my jestesmy reformowalni? Czy znajdziemy i wybierzemy w koncu kogos kto bedzie pasowal? Czy moze za kazdym razem przyciagamy to co udac sie nie moze?

      Podzielam wiele z Twoich historii.

      • Iskra

        Dokładnie takie same pytania sobie zadaję bardzo często i niestety nie znajduję odpowiedzi. Jakby wszystko było takie proste i po którymś z kolei nieudanym związku wiadomo by było, że to była ostatnia szansa i dalej już nie ma opcji. A może to kwestia wewnętrznej siły i pozbycia się złudzeń, bo może jednak np. ja nie nadaję się do związków, a całe życie to sobie wmawiam i przez to pakuję się z jednego bagna w drugie? I za każdym razem z nadzieją, że „tym razem będzie inaczej”, „tym razem mądrze to rozegram”, a zwykle kończy się na tym, że zależy mi za bardzo i wszystko idzie w pizdzietzzz….

        • S.

          Bo partnera/partnerkę trzeba traktować jakby był idealny(a).Nawet jak nie jest. W życiu często dostajemy nie wiele i trzeba z tego wykrzesać ile się tylko da. A nie zastanawiać się czy ja się nadaje czy nie, a co by było gdyby, co to w ogóle za podejście?

          • Iskra

            A co w przypadku kiedy ja traktuję kogoś jakby był dla mnie idealny, ale w drugą stronę już tego nie ma? To znaczy, że coś gdzieś po drodze nie poszło i się rozminęliśmy, a ja nie jestem z osób, które czekają, aż kogoś olśni i nagle uzna mnie za swój ideał (których podobno i tak nie ma). Stawiam sprawę jasno i tego oczekuję od drugiej strony. Jak ktoś leci w chuja to świadczy tylko o nim, ja zwykle daję serce na talerzu, a kończy się tak, że ktoś jak Hannibal je sobie zjada na obiadek i nawet nie powie „dziękuje”. Za to ja wtedy mówię „dziękuję” i staram się iść w swoją stronę, bez serca… Ale cholera ono ciągle odrasta po jakimś czasie :P.

          • S.

            No i dobrze robisz. Ekonomista by to nazwał ulokowaniem kapitału w niewłaściwą inwestycje ;-)

  • http://www.katastrefa.pl KataStrefa.pl

    Smutne to co mówisz ale jakże uniwersalne dla wielu osób… Nigdy do końca bie jesteśmy z siebie samych zadowoleni. Wpis przypomniał mi o serii kaiążek „zyj/kochaj/wybieraj wystarczająco dobrze”. Mi troszkę pomogły inaczej spojrzeć na siebie. Na pewno czytałaś :)
    A profile byłych to istna zmora…

  • Ola

    Tak tylko zostawię w temacie ;) Mnie osobiście ta piosenka urzekła.
    https://www.youtube.com/watch?v=jUTOOyga8RE

  • Elizka

    Z mojego doświadczenie wynika, nie byłaś wystarczająco zła, już spieszę z wyjaśnieniami, w każdym związku do bólu chciałam dobrze dla drugiej osoby, mam taką naturę, pomagam nawet ludziom których nie znam. Zawsze z tyłu głowy miałam obawy, by się nie spóźnić na spotkanie z ukochaną osobą, by kolacja byłą pyszna, by dobrze wyglądać, robiłam dużo rzeczy też dla siebie oby się doskonalić i tak też się stało sama się rozwinęłam. Związków już nie ma, sama zakończyłam 2, widziałam, że ta druga osoba się męczy, że motylki opadły, przyszła codzienność. Patrzę na zdjęcia i również nie czuję nic, z ex mam kontakt i co, im bardziej jestem obojętna i momentami sarkastyczna, im bardziej nic nie muszę, tym bardziej ex który z którym nie jestem już ponad 2 lata żarliwie wyznaje mi miłość i tym bardziej staje się żałosny w moich oczach. Kto powiedział że każdy musi być w związku, że to jest jakieś spełnienie, że to jest jakiś cel….

    • Gosza

      Jakbym czytała swoje słowa. Lepiej czasem być samemu, skupić się na sobie i poczekać na odpowiednią osobę, niż męczyć się i brnąć w coś co od razu jest na przegranej pozycji.

  • JoAnn

    Na oficjalnych zdjęciach wszyscy są szczęśliwi. Jakoś nikt na fejsa nie wrzuca zdjęć z przebeczanej nocy na podłodze między wanną a kiblem. Z kieliszkiem po winie, na którym odbite są ślady paluchów po wycieraniu usmarkanego nosa. Sama miałam zdjęcie z uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów w czasie, kiedy kochanka mojego męża robiła mi rozpierdol z życia. A że niby ma zdjęcia z nową miłością? Taaaak. Takie też kiedyś miałam. I co z tego?

  • http://www.malvina-pe.pl/ Malvina Pe.

    Czasami trzeba wrócić do przeszłości, żeby móc skupić się na tym, co tu i teraz.

    • http://psychologiafotografii.pl/ Emilia Mańk

      Właśnie, czasami. Nie można się za często samobiczować ;) Skupienie się tylko i wyłącznie na swojej „winie” niewiele da, jak już trzeba przeanalizować przyszłość to w kontekście związku jako pary wpływających na siebie osób, a nie dwóch niezależnych jednostek.

      Wiem, co mówię. Ja potrzebowałam 2 lat, żeby do tego dojść.

  • Just

    lepiej tego opisać chyba nie mogłaś

  • S.

    Wystarczy nie mieć konta na fb i innych tego typu portalach a numery telefonów od razu kasować. Kto żyje przeszłością marnuje sobie przyszłość.

    • Kinga Potocka

      Dokładnie. Zgadzam się z Wami. Ja zazwyczaj jak się z kimś rozstaję i jest to bardziej po jednej stronie to po prostu- usuwam ze znajomych. Bo po co mam mieć w znajomych jakiegoś przykładowego „Karola” w takim wypadku? Tylko po to by odczuwać wkur…. i smutek jak wyskakują mi jego posty czy zdjęcia?!

      • M.

        A co jeżeli codziennie go widujesz, bo nie rzucisz studiów tylko dla tego, że przypadkiem spotkaliście się w tej samej grupie. Jeżeli twój kolega to jego kolega. A jego numer telefonu masz tak wyryty w pamięci , że chyba tylko lobotomia pomogłaby ci zapomnieć.

  • Iskra

    Między innymi żeby sobie samej nie dowalać usunęłam konto na fejsie i nie ma mnie w mediach społecznościowych. Co jakiś czas jednak obczajam sobie w necie, tyle o ile, co tam u moich byłych. I dzisiaj (chyba podświadomie popchnięta do tego Twoim wpisem) odkryłam coś czego chyba wolałam nie wiedzieć… Otóż wiedziałam jak nazywa się dziewczyna mojego ex, z którym byłam kilka lat temu i dzisiaj przez przypadek zauważyłam, że zmieniła nazwisko, domyślcie się na kogo… Opadła mi dosyć mocno kopara jak uświadomiłam sobie, że mogłam to być ja. Poszłam do kuchni i jak typowa kobieta z amerykańskich seriali wyjęłam z zamrażarki lody pistacjowe, usiadłam na blacie i gapiąc się w padający za oknem deszcz powtarzałam sobie w myślach „to mogłaś być Ty, zjebałaś sprawę”. Dopiero przy trzeciej łyżce lodów zaczęłam sobie przypominać czemu nam nie wyszło i stwierdziłam „nieeee, jednak to by nie wyszło”. Nie zmienia to faktu, że był on jedynym mężczyzną, którego kochałam tak na prawdę mocno, a mimo to i tak go raniłam. Z perspektywy czasu uważam, że lepiej, że to ON ze mną nie jest, bo to ja na niego nie zasługiwałam, zresztą jak widać. Miał mi się oświadczyć na pierwszą rocznicę, a jej nie doczekaliśmy- przeze mnie. Wszyscy dookoła rzygają tęczą ze szczęścia w swoich związkach, a ja ciągle jak ta ostatnia sierota, która nie wie co z nią nie tak i co z tym zrobić.

    • Nelia

      To, że Wam nie wyszło to zapewne „zasługa” obojga Was, nie tylko Ciebie, nie ma co się mentalnie chłostać tylko wyciągnąć wnioski i iść do przodu. Też miałam problem z fejsbukiem i obecnością w moich znajomych osób, które nie były mi obojętne, przez które cierpiałam i dla których kiedyś zrobiłabym bardzo wiele.Poza tym oglądanie ciągłego wspomnianego rzygania tęczą, zdjęć z zaręczyn, ślubów, porodów, dzieci (cóż innego może pojawiać się na fejsie 30-latki) doprowadziło do tego że na rok zniknęłam z fejsa. Po roku wróciłam, nic nie zmieniło się jeśli chodzi o posty znajomych, ale zmiana zaszła we mnie – mam do tego dużo większy dystans niż wcześniej. Zaakceptowałam fakt, że moje życie wygląda inaczej, nie gorzej, nie tak jak wcześniej sobie je wyobrażałam, ale chyba to jest w tym najpiękniejsze. Uświadomiłam sobie, że chcę żyć wg swoich zasad i w zgodzie ze sobą a nie tak, jak dyktuje otoczenie i tak, jak chcieliby inni. Poza tym z moich obserwacji wynika, ze im bardziej ktoś prowadzi szczęśliwe życie fejsbukowe i instagramowe, im bardziej zapewnia otoczenie, jaki to ma happy life tym większy syf ma w realu. Sorry, nie chcę uogólniać, ale tak uważam. Ciągłe bycie online, dodawanie postów, fotek, statusów – dziwi mnie to, że nie szkoda komuś czasu na cieszenie się „tu i teraz” tylko traci go na siedzenie na fejsie, sprawdzanie ilości polubień i odpowiadanie na komentarze. To jest wg mnie słabe.

      • http://entropysphere.wordpress.com/ entropysphere

        To nie „zasługa” po postu nie wszyscy do siebie pasują i nie powinni po prostu byc razem.

      • S.

        Jak ktoś ma czas na facebooka to nie ma czasu na życie. Ja znajomym pozwalam odejść. Jak ktoś się do mnie nie odezwał przez rok i ja nie czułem potrzeby utrzymywania kontaktu to wybieram numer telefonu i wybieram opcję usuń. Nie wyobrażam sobie chwalić się ludziom co u mnie. Jak ktoś chce pogadać niech wpada na herbatę a jak nie to niech nie zawraca dupy. A puszczanie w eter fotek z wakacji i innych prywatnych chwil? No zwyczajny snobizm.

    • Klaudia

      Iskro, przeczytałam Twój komentarz, pomyślałam o swoim życiu i wiesz co? Poszłam po lody..
      I ja również, między innymi dlatego, żeby nie stalkować ludzi na fejsbuku, po prostu go usunęłam. Przestałam żyć online, grzebać, czytać, sprawdzać, domyślać się..
      Kilka miesięcy temu opróżniałam kolejną butelkę wina z koleżanką i zaczęłyśmy wspominać różnych ludzi -w tym m.in. naszych byłych facetów. I tak jakoś wyszło, że koleżanka weszła na tego cholernego fejsbuka..I po prostu musiałam zobaczyć, co u mojego ex. Usiadłam przed laptopem, pełne skupienie..I bang! Mój ex się zaręczył. I do tego z brunetką! (nigdy nie lubił brunetek, kochał blondynki, ale prawdziwie szalał za rudymi ;) )..Przewijam, przewijam..i tak sobie myślę – „o cholera, ale ładny pierścionek jej kupił – mi nigdy nic tak drogiego nie kupił”. „Przecież on nie jest rodzinny i nigdy nie chciał ślubu”…I że w sumie ta brunetka taka ładna, zgrabna, uśmiechnięta, bardzo zadbana..Nawet nie wiem kiedy, ale łzy same popłynęły. I od razu pomyślałam ” To przecież mogłam być ja. To ja mogłabym go teraz czule przytulać i pokazywać ludziom ten cholerny pierścionek i cieszyć się wspólną przyszłością”. Niestety, to jednak nie jestem ja. Pamiętam, że tego wieczoru wypiłam stanowczo za dużo.
      Właśnie dlatego nie ma mnie na żadnym z portali społecznościowych. Tak długo zajęło mi pozbieranie się po tym związku, żeby jednego głupiego wieczoru znowu do tego wrócić i wylać morze łez bez powodu. Póżniej znowu te myśli wróciły, że może..nie byłam wystarczająco dobra, czuła, wyrozumiała..A że może mogłam częściej czekać z ciepłym obiadem w domu, że mogłam być milsza dla jego wrednej matki, że może częściej mogłam piec sernik, mimo że go nie lubię..A że może ten seks mógłby być 5 razy dziennie zamiast raz, a że może mogłam częściej przebywać z jego siostrą..A że może to, a może tamto..A że może gdybym jeszcze nosiła kapcie i gazetę w zębach..Albo częściej robiła niespodzianki..Albo była kimś innym..To może by mnie nie zostawił? Może nie byłby skończonym dupkiem i miałby na tyle godności, żeby się przyznać do swoich tajemnic i kłamstw?
      Powrót do przeszłości to najgorsze, co może być. Bardzo żałuję, że zobaczyłam te zdjęcia, bo śniły mi się przez kilka tygodni. Ponad 2 lata wmawiałam sobie, że jestem gorsza i głupsza od wszystkich innych, bo „wszyscy mają chłopaków, a ja nie”. Ponad 2 lata miałam problemy ze snem, wieczorami zamiast wyjść z domu, wskoczyć w sukienkę i w niewygodne, ale piękne szpilki – siedziałam w łóżku z lodami/czipsami i po prostu płakałam. Oglądałam seriale i obwiniałam siebie za to, że facet mnie zostawił. Odszedł do innej kobiety – czy lepszej? Nie wiem. Mam nadzieję, że jest dla niej wystarczająco dobry ;)
      A ja..trwałam w swojej „żałobie”, obraziłam się na ludzi i cały świat, wszędzie chodziłam ze skwaszoną miną..I pamiętam jeden deszczowy dzień, kiedy oczywiście obrażona przyszłam na przystanek autobusowy. Siedział tam tylko starszy pan z zakupami, patrzył na mnie przez chwilę, kiedy nerwowo bawiłam się kluczami w ręce i powiedział „Wie pani, ja nie chcę być wścibski, ale znam trochę ludzi..Może to banalne, co ja pani teraz powiem, ale pani ma takie ładne paznokcie, jest pani taka ładna, filigranowa, a widzę, że zaraz pani się rozpłacze..A może by pani tak dla odmiany – mogła się uśmiechnąć do mnie?”. Z tym uroczym starszym panem porozmawiałam przez chwilę, wieczorem wróciłam do domu i tak sobie pomyślałam – boże, ile można płakać i zamykać się w domu? Przecież wcale nie jestem gorsza od tych wszystkich kobiet, które codziennie mijam na ulicy..Rozstałam się z facetem, ale na tym świat się nie kończy. On już dawno zapomniał, żyje swoim życiem, imprezuje, podrywa inne kobiety, a ja piątkowe wieczory spędzałam z butelką wina/piwa w ręce. I tak co tydzień. Ewentualnie piłam z koleżankami w podobnej sytuacji. Napiłyśmy się, wypłakałyśmy, pośmiałyśmy i poszłyśmy spać – i nie, to wcale nie było fajne.
      Co zrobiłam? Wyszłam do ludzi. Wygrzebałam z dna szafy sukienkę. Wyjęłam te cholerne szpilki z pudełka. Wylaszczyłam się za wszystkie czasy, kiedy to siedziałam sama w domu i płakałam. Zmieniłam nastawienie, bo żarty żartami, ale ile można twierdzić, że wszyscy faceci są tacy sami? ;) Zaczęłam uśmiechać się do ludzi, w końcu podniosłam wzrok i przestałam liczyć kostki brukowe ;) Jedna randka, druga randka..Kilka udanych, kilka mniej udanych..Takie życie. Ale nie poddaję się, wychodzę, rozmawiam, uśmiecham się – daję sobie szansę na poznanie kogoś wyjątkowego. Niestety, nikt mi w tym nie pomoże. Musiałam wypić dużo wina i zjeść dużo słodyczy, żeby przestać sobie wmawiać, że jestem najgorsza na świecie. I teraz w końcu ze spokojem w duszy i porządkiem w głowie wychodzę z domu. Odcięłam się od przeszłości. Bardzo grubą linią.
      Każdej kobiecie życzę jak najszybszego wyjścia ze skorupy i żeby dały sobie szansę, bo wszystko siedzi w tej cholernej głowie..

      • Iskra

        Widzę sporo podobieństw w naszych historiach, z tym, że ja po rozstaniach zwykle nie płakałam, bo już wystarczająco dużo ryczałam w trakcie swoich związków, więc już jak się wszystko kończyło, to zwykle brakowało łez. Zwyczajnie chyba też wmawiałam sobie, że płacz jest dla słabych i dusiłam te emocje w sobie, zamiast pozwolić im odejść. Ostatnio wielokrotnie analizowałam po raz kolejny każdy swój nieudany związek, dlaczego ze mną mu nie było tak dobrze, co we mnie było nie tak, dlaczego sama wielu rzeczy nie doceniałam i wniosek, który nasuwa mi się po intensywnych przemyśleniach jest jeden- to nie był po prostu człowiek dla mnie, a ja dla niego. I nieważne jak było dobrze, to skończyło się tak a nie inaczej i nie ma co chyba dalej drążyć tematu. Popieram wyjście do ludzi i otwarcie się ponownie, ale na początku musi upłynąć pewien czas na poukładanie sobie w głowie, a taki zimny prysznic jak wiadomość, że były sobie dobrze radzi jest czasami wręcz bardzo pomocny. To znak, że skoro on potrafi sobie wszystko poukładać, to Ty równie dobrze możesz to zrobić i tego Ci moja droga właśnie życzę :)

  • http://www.samorozwijalnia.wordpress.com/ samorozwijalnia.wordpress.com

    To drugie pytanie zdecydowanie pilniej wymaga znalezienia odpowiedzi.

  • dżoana

    minał rok…może dwa, przestalam juz liczyć i się zastanawiać jaki to czas temu on odszedł po raz drugi!!! ( a może tym razem to ja odeszłam, w końcu to ja spakowałam rzeczy, wyprowadziłam się i tym samym przerwałam tą farsę) , po tym jak odnaleźliśmy się po latach i myśleliśmy, że tym razem się uda, że będzie inaczej, że tym razem to do grobowej deski ( swoją drogą stara jestem a wierzę dalej w takie banały … ( a może tym razem to ja odeszłam, w końcu to ja spakowałam rzeczy, wyprowadziłam się i tym samym przerwałam tą farsę) ,

  • dżoana

    nie dokończyłam – przepraszam – chciałam tylko dodać, że mimo tego czasu zdarzają się dziwne , niezależne ode mnie sytuacje . Przyjęcie urodzinowe koleżanki, jeden z gości zasłabł , wzywamy pogotowie , wchodzą ratownicy,a ja jakby mi któs włączył przycisk „pauza”, zacinam si,ę wyłączam, odcinam , nie ma mnie na chwilę , wiruję w swoim świecie, widzę ich długie ciężki buty – i Jego jak zapomniał ich zmienić po dyżurze i wracał tak do domu, pomarańczowe unifromy ( te które zajmowały pół szafy, to o nie potykałam się rano wstając z łóżka) wszystko to wytrąca mnie z rzeczywistości. Goście tłoczą się i komentują, próbują pomóc a ja stoję jak wryta i patrzę przed siebie, przyglądam się czemuś czego nie ma – a może własciwie komuś. Chwilę później jesteśmy wszyscy na SOR-ze ( poważna sprawa, kolegę zabrali, robią mu badania ) , wychodzi lekarz a ja znowu tracę „świadomość” widzę biały fartuch, granatowe spodnie – miliony takich przewracały się w naszej pralce, widzę obrazy z przeszłości, ktoś coś do mnie mówi ja bezwiednie patrzę w ścianę. Uciekam stamtąd po godzinie, nie jestem w stanie znieść szpitala, boli mnie głowa i jest mi okropnie duszno. Niestety najgorsza część tego przedstawienia pt” przeszłość puka do drzwi ” czeka mnie dopiero w domu. Całą noc śnią mi się koszmary – bo tak określam sny o nim które dopadają mnie od czasu do czasu, coraz rzadziej ale ….budzę się kilkanaście razy w ciągu nocy , za każdym razem wmawiając sobie, że teraz uda mi się nie śnić o nim – pobożne życzenia :-) rano wstaję , zmęczona, obolała a moje oczy sklejone od wyschniętych łez nie chcą sie otworzyć.
    Cieszę się, że dałam sobie radę „po”, że wzięłam się za siebie, wyszłam do ludzi, odnalazłam w sporcie, kupiłam mieszkanie, robię karierę …i myślę, że to wszystko mam za sobą.
    Do momentu w którym, znikam w „tamtym „swiecie , mimowolnie, nagle, bez uprzedzenia – i najwidoczniej wcale nie dałam sobie rady, nie odciełam , nie zakończyłam .
    Dzięki, że mogłam Ci to tutaj opisać.
    Czuję w twoich tekstach trochę siebie – dzięki :-) nie przestawaj !

  • http://entropysphere.wordpress.com/ entropysphere

    Nie rozumiem tego „Chyba tak, bo oznacza, że gdzieś, w którymś momencie, zawiodłam. Jako kobieta. Jako przyjaciel. Jako człowiek.”
    Ludzie są ze soba, a potem się zmieniają, czasem idą w tym samym, a czasem w różnych kierunkach. I to nie jest wina żadnego z nich ani tym bardziej zawodzenia. Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że nic nie trwa wiecznie i tkiwenie w czymkolwiek „bo tak trzeba” jest bez sensu.

    Plus z grzebania w przeszłości nigdy nic dobrego nie wynika….

  • Łukasz

    Nie, nie mieli racji – czas nie leczy ran. Czas uczy nas żyć z bliznami. Takie jest moje zdanie. A blizny się dostrzega, te fizyczne zwyczajnie się widzi, te psychiczne się pamięta.
    Takie wspomnienia, potrafią być trucizną i dlatego nie można im pozwolić by zawładnęły naszym życiem.
    W sumie zawsze dziwi mnie kiedy ludzie sięgają do swoich starych ran zamiast przepracować siebie, ustawić swoje priorytety i zacząć czerpać szczęście ze swojego życia… albo wróć, zwyczajnie się na owe szczęście otworzyć. Bo bardzo często czeka nieśmiało tuż za rogiem… tyle, że nigdy nie spotka ono człowieka, który nie będzie chciał owego szczęścia: spotkać… dostrzec… objąć.
    Osobiście uważam, że zanim człowiek zdecyduje się zabrać za jakąkolwiek poważniejszą relację powinien wiedzieć czego chce od życia ( wiedzieć a nie żeby mu się wydawało że wie) i mieć jasno nakreślone priorytety w zakresie tego co jest dla niego ważne… i co jest w stanie zaakceptować a co spowoduje kategoryczną – czerwona kartkę. Czy to drugiej osobie czy wręcz sobie.
    Jak już wspomniał, jeden z przedmówców potrzebna i rzekłbym niezbędna jest autorefleksja oraz dystans do siebie.
    Trzeba nieraz samemu stawić czoło swoim demonom i chcieć je pokonać by być szczęśliwym i swoim pozytywnym nastawieniem sprawić, że dziwnym trafem ta delikatna mgiełka zostanie zauważona i to przez tę właściwą osobę. Mało tego będzie ona dla niej bardzo pociągająca.
    Przeszłość jest od tego by wyciągać z niej wnioski i nie popełniać starych błędów. Tak więc podpisuję się pod wypowiedzią m0garta… i zmienianie świata polecam zacząć od eliminowania swoich wad i słabostek. Daje to niesamowitego kopa motywacyjnego i świadomość tego że można zrobić prawie wszystko a jedyną osobą, która może podciąć nam skrzydła i boleśnie ograniczyć – jesteśmy my sami.
    Swoją drogą pisząc te słowa, naszła mnie ciekawa refleksja. Przypomniałem sobie jaką drogę przeszedłem przez ostatnie dwa lata… od niedojrzałego i nieśmiałego chłopczyka, który nie wiedział czego chce od życia do… no właśnie kogo?
    Mężczyzną z krwi i kości bym siebie jeszcze nie nazwał, trochę mi jeszcze brakuje. Tyle że nauczyłem się cieszyć małymi rzeczami i smakować życie zamiast wegetować. Pewnie dlatego, tak bardzo lubię poznawać nowych ludzi i ich zdanie – zwłaszcza jeśli jest odmienne od mojego.

  • Krzysiek

    Rzucasz kogoś bo masz dość jego wad, niedopasowania albo i stagnacji związku. Po miesiącach/latach wspomnienia masz już tylko te pozytywne, bo czas zdążył zagoić rany.
    Prawda jest taka że nie wyszło bo nie mogło i nie wyszło by po raz kolejny (nie słyszałem o udanym zejściu się dwójki ludzi po rozstaniu).
    Ale dobry punkt odniesienia do wyłapania czego szukasz w drugim człowieku, zawsze da obraz paru albo i kilku elementów pasującej partnerskiej układanki.