Dlaczego nigdy więcej nie pójdę na dietę?

dlaczego-wiecej-nie-pojde-na-diete-malvina-pe-pl

Siedzimy w knajpie. Jest piątek, godzina 22:30, a nas jest cztery. Za barem Damian, mój współlokator z dziesięcioletnim stażem w gastronomii. Wiem, że zaopiekuje się nami jak trzeba, więc od razu proszę o jakiegoś dobrego soura – mam do chłopaka stuprocentowe zaufanie, jeśli chodzi o umiejętność dobrania drinka do człowieka. Jagoda zamawia herbatę (jest na antybiotykach) i chipsy z ziemniaka dla nas dwóch, a Baśka zupę i jakiegoś słodkiego drinka. Trwa to łącznie 15 sekund. Przychodzi czas na Kamę, która od miesiąca trzyma dietę.

A czy w tej zupie jest makaron?
A bezglutenowy?
A orientujesz się może, jak zostało przyrządzone to mięso?
Dodawaliście śmietanę do zupy?
Drink? No coś bym może wypiła, ale wyłącznie bez dodatku cukru!
Cukier trzcinowy? Hmmm… A to nie to samo, co normalny cukier?
Może macie jednak ksylitol?

Obserwowałam to z rozbawieniem i lekkim zażenowaniem, ale też ze zrozumieniem, bo sama jeszcze kilka miesięcy wcześniej ważyłam każdy plasterek pomidora i na wszystkie dłuższe wyjazdy zabierałam ze sobą… kuchenną wagę. Wtedy codzienne liczenie kalorii i żelazne trzymanie się zasad Szostaków (zero nabiału, dużo odżywki białkowej, zero strączków, dużo jajek, zero soi, dużo mięsa, mało owoców, dużo warzyw, mało węgli, dużo tłuszczu, etc.) wydawało mi się całkiem normalne. Zwłaszcza, że widziałam naprawdę zajebiste efekty swojej pracy – z tym, że na ciele, a nie na duchu…

 

NIE TYLKO CIAŁO

 

Na duchu byłam – nie bójmy się tego słowa – lekko jebnięta. Cały tryb swojego dnia podporządkowałam diecie i treningom. Pobudka o 5:30, o szóstej już biegałam albo szłam na siłownię, potem prysznic i śniadanie w domu, następnie 8 h w pracy + około 1,5 h na dojazdy, po pracy pisanie bloga albo ogarnianie domowych spraw [pranie, zakupy, sprzątanie], potem gotowanie posiłków na następny dzień [czyli kolejne 1,5 h], a potem nagle robiła się północ i dosłownie padałam twarzą w poduszkę.

Byłam zmęczona: monotonią diety, odmawianiem sobie potraw, które lubię zjeść od czasu do czasu [np. sery, czekolada, winogrona, suszone pomidory, serek Almette…] i nieustanną kontrolą. Kurwa! Przecież ja na samo ważenie produktów i sprawdzanie ich kaloryczności poświęcałam co najmniej godzinę dziennie! Okazało się, że jestem w stanie tak funkcjonować dwa miesiące. Później przestałam wyrabiać.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze moja natura buntownika – nie jestem typem człowieka, który lubi, jak mu mówią, co ma robić. Nic więc dziwnego, że coraz częściej zdarzały mi się cheat meale…

…aż w końcu jebłam tę dietę w cholerę.

 

CO TERAZ?

 

Czuję się trochę jak dziecko we mgle, na dodatek dziecko spasione, bo nie ukrywam, że odpięłam wrotki jeśli chodzi o odżywianie – tam, gdzie miało pójść, po prostu poszło, a na moje nieszczęście niestety nie są to cycki. OK, z natury jestem drobna i szczupła, ale pamiętam czasy, kiedy byłam lżejsza i czułam się lepiej = kolejny dowód na to, że przesada w żadną stronę nie jest dobra.

A więc co teraz? Przestałam ważyć jedzenie i liczyć kalorie. Zdarza mi się zjeść nabiał i pieczywo. Czasem do owsianki dodam miodu zamiast ksylitolu, bo zwyczajnie bardziej mi tak smakuje. Praktycznie nie piję już odżywek białkowych, bo – umówmy się – to jednak sztuczne jest. Jem więcej węgli, a mniej tłuszczu. Ograniczyłam mięso. Staram się jeść dużo warzyw, ale nie żałuję sobie też owoców, zwłaszcza teraz, kiedy są pyszne maliny, czereśnie, arbuzy, a za chwilę pojawią się jagody! Jak mam ochotę zjeść loda, pizzę albo stare dobre zimioki z jajkiem i kalafiorem, to po prostu to jem.

Oczywiście, trzymam się 4-5 niewielkich posiłków dziennie, omijam typowo śmieciowe żarcie szerokim łukiem, nie objadam się przed snem i staram (na oko) zamykać w 1600-1800 kcal/doba, ale NIE ZA WSZELKĄ CENĘ. Świadomość że tak naprawdę mogę jeść to, na co tylko mam ochotę,  jest bardzo… hm… uwalniająca i sprawia, że wszystko jakoś tak bardziej mi smakuje.

Podobne podejście usiłuję wprowadzić w życie, jeśli chodzi o sport. Nic na siłę. Owszem, pokonywanie swoich barier i słabości daje ogromnego powera, ale nie jestem zawodowcem, nigdy nie będę i jeśli raz na jakiś czas odpuszczę trening na rzecz wyspania się albo spotkania z przyjaciółmi, to ŚWIAT SIĘ NIE ZAWALI. A wierzcie mi, jeszcze pół roku temu myślałam zupełnie inaczej.

Tak więc na pytanie „co teraz?” odpowiem: równowaga i zdrowy rozsądek.

 

KOMPROMIS 

 

Może nie będę najszybsza, najzgrabniejsza, najbardziej wycięta, może nie będę miała perfekcyjnej figury, ale wiecie co? Mam to w dupie. Bo ciało to tylko część mnie. To tylko powłoka, która – owszem, powinna być zdrowa, zadbana i zaopiekowana, ale nie w sposób chorobliwy. Nie tak, że zamiast wsłuchać się w siebie, ja będę napierdalać z wagą pod pachą, przez pół godziny zamawiać żarcie w restauracji albo stawiać trening ponad ważnych dla mnie ludzi. No kurwa nie. Chyba po prostu przyszedł czas, że wolę popracować nad głową… A jak tam się wszystko poukłada, to ciało też będzie piękne. Z sześciopakiem czy bez.

Peace.

 

P.S. Nie mogłam się powstrzymać :P

when-your-saladFoto tytułowe: Subbotina/depositphotos.com

 

0 Like

Share This Story

Style
  • Dagmara Banaszczyk

    Miałam to samo, miesiące rycia sobie psychiki dietą i treningami. Harmonogram treningów rozleciał mi się po urlopie, po prostu przestało mi się chcieć wstawać skoro świt i lecieć na siłownie. Teraz mam pracę w której się muszę czasami narobić fizycznie więc później już nawet nie mam siły iść się jeszcze gimnastykować z hantlami. Z dietą było tak, że w pewnym momencie nie mogłam sobie pozwolić finansowo na trzymanie diety, ale też męczyło mnie ciągłe : tego mi nie wolno zjeść. Więc wrzuciłam na luz. Mam na coś ochotę, jem to i o ile słucham zdrowego rozsądku kiedy duch jest szczęśliwy to i ciało jest.

    • http://www.malvina-pe.pl/ Malvina Pe.

      My, kompulsywni, tym bardziej musimy o siebie dbać ;)

  • Aleksandra Chołuj

    Zawsze nalezalam do wiekszych dziewczyn. Cale zycie zmagalam (i zmagam sie z nadwaga). Jedynym przelomowym momentem byl rok 2009, gdzie przy 165cm wazylam 64, co bylo chyba najmniejsza waga jaka kiedykolwiek mialam przy tym wzrosicie. Czulam sie super, swietnie wygladalam. Ale to ciagle gotowanie i planowanie bylo okropne. Do tego wspieralam sie Meridia (juz zabroniona). Bylo super. Do momentu, az stwierdzilam, ze w sumie moge sobie pozwolic.
    Przez to „pozwolic” przytylam jakies 25kg nawet nie wiem kiedy.
    Lekarze mowia – schudnij! Rzeczywiscie powinnam, chociazby dla zdrowia. Ale kurde! Moze to, ze mam boczki, duze uda i dosc spory brzuszek (niestety…), ja sie ze soba czuje tak zajebiscie, ze nie wiem co musialaby sie stac, bym znow powalczyla o szczuplejsza sylwetke.
    Mysle czesto o tym, ze fajnie byloby miec mniej tu i owdzie. Ale czasami sie zastanawiam, skoro jest mi tak dobrze sama ze soba (szczegolnie, ze cycki mi urosly i musze kupic nowe staniki), to nie czuje takiej potrzeby.
    Wazne, by sie czuc dobrze samej ze soba, w kazdym rozmiarze ;)

    • http://www.malvina-pe.pl/ Malvina Pe.

      Dobrze, że się czujesz dobrze sama ze sobą, ale jeśli Twoja obecna waga ma poważny wpływ na Twoje zdrowie, to może jednak warto zrewidować poglądy?

      • Aleksandra Chołuj

        Nie ma powaznego wplywu. Po prostu powinnam, by wskaznik BMI byl w normie.
        Na biezaco sie badam i wyniki mam zawsze w normie. Wiec ogolnie jestem zdrowa.

        • Olga Boroch

          Ja bym sugerowała jednak zbadac się w kierunku insulinooporności, która często dotyczy osób ze zbyt wysokim BMI, a która nie zawsze daje objawy…

    • http://entropysphere.wordpress.com/ entropysphere

      Przy 165cm 64kg + 25kg daje 89kg. To daje BMI 32.7 i w żadnym wypadku nie jest w normie….

  • http://rubytimes.pl/ Agata – Ruby Times

    Właśnie! Równowaga to słowo klucz! Jedzenie to przecież największa przyjemność w życiu! Pisałam ostatnio na ten sam temat, chociaż perspektywę mam zupełnie inną niż Twoja.. 3 miesiące po trzecim porodzie :) Ale wnioski zasadniczo te same :D

  • Kasia

    możesz oszukiwać nas, czytelników bloga, ale siebie nie oszukasz. Nie masz tego tak do końca w dupce. poszłaś z modą na piękny wygląd, na sportowy tryb życia i na „zdrowe” odżywianie. w tej modzie brakuje równowagi, o czym piszesz. poza tym robi się wszystko dla wyglądu, nie dla zdrowia. bo bieganie 15 km przez osobę, dajmy na to, która w szkole załatwiała zwolnienia z wfu, na pewno zdrowe nie jest. cierpią stawy, czasem nawet układ krążeniowy i serce, bo obciążenie jest za duże. o tym nikt nie mówi. tylko biegaj i sraj i bądź z siebie dumny.
    to, że jesteś świadoma faktu, że ta moda jest zła, nie znaczy, że masz to w dupie. ale od głowy się zaczyna i myślę, że jeszcze dużo pracy przed Tobą. i przede mną. i przed wieloma osobami.
    kontrolujmy nie dietę, nie stale zwiększające się obciążenia treningowe, nie własną wagę, a głowę. nic innego do szczęścia nie jest potrzebne prócz zrównoważonej głowy, na co zwracasz uwagę i z czym w 100% się zgadzam.

    • http://www.malvina-pe.pl/ Malvina Pe.

      Nikogo nie oszukuję. Bardzo wprost piszę o procesie myślowym, który doprowadził mnie do takich, a nie innych wniosków.

      Kiedyś marzyła mi się figura fitnesski. Dziś wiem, że nigdy nie będę takiej mieć, bo musiałabym się skupić wyłącznie na trzymaniu diety i treningach, a ja w życiu robię i chcę robić o wiele więcej – w tym również nie ograniczać się ;)

      Tak więc owszem, chcę być szczupła i mieć ładną figurę, ale nie za wszelką cenę. Uczę się akceptować swoje fizyczne niedoskonałości i – jak piszesz – pewnie jeszcze długa droga przede mną, ale w głowie już zaskoczyło, co jest w życiu ważne. I może tego się trzymajmy ;)

      A co do wpływu biegania na stawy… Kiedyś może napiszę o tym osobny tekst, bo już mnie drażni ta demonizacja długich dystansów.

      • Kasia

        jestem fizjoterapeutką :) nie narzekam na brak roboty m.in. przez modę na bieganie ;) w sumie nie powinnam narzekać… ;)
        mało jest edukacji, dużo motywacji do bezmyślnych form ruchu bądź nieodpowiednich form ruchu do danej osoby. tak uważam.

    • https://biegamzesmokiem.wordpress.com/ Pani Mak I Biegam ze smokiem

      bo bieganie 15 km przez osobę, dajmy na to, która w szkole załatwiała zwolnienia z wfu, na pewno zdrowe nie jest. cierpią stawy, czasem nawet układ krążeniowy i serce, bo obciążenie jest za duże. o tym nikt nie mówi. tylko biegaj i sraj i bądź z siebie dumny.

      Źródła bym prosiła. Bo załatwiałam zwolnienia z WF-u, miałam fatalnych wuefistów, nienawidziłam WF-u. A 15 km to dla mnie teraz pestka. Moje zdrowie ma się doskonale. Choć na myśl o grę w siatkę wciąż mi niedobrze…

      • Kasia

        na wfie rozwija się zdolności motoryczne, usprawnia mięśnie, generalnie ciało, które jest w fazie rozwoju. to ważna faza. na wfie w sposób nieświadomy pracujemy także nad kontrolą mięśni. bez tego po prostu łatwiej o kontuzje w późniejszym okresie. o wiele łatwiej.

        • sivi

          od kiedy? ja pamiętam wf „weżcie sobie piłeczki i pograjcie” 8 lat podstawówki.nie wiem, moze wf-y się zmieniły od lat 90tych?

          • https://biegamzesmokiem.wordpress.com/ Pani Mak I Biegam ze smokiem

            Chyba nie. Kończyłam edukację szkolną w 2006 i tak to wyglądało. No, były jeszcze dwutakty i rzuty piłką lekarską.

          • S.

            Jak wuefista rzuci piłkę to źle bo za mało ambitny. Jak czegoś wymaga bo ma program do wykonania to tez źle.

            Raz w Teleexpressie widziałem jak w jakimś gimnazjum dziewczyny miały zajęcia fitness. Coś niby zumba niby step ale było to coś nowego. Można? Można.

          • S.

            Wbrew pozorom „pograjcie sobie” nie jest takie złe. Można sie dogadać z kolegami/koleżankami i bez stresu zażyć trochę ruchu.

        • https://biegamzesmokiem.wordpress.com/ Pani Mak I Biegam ze smokiem

          Powtórzę: poproszę o źródła rewelacji. Dlaczego bieganie 15 km nie jest zdrowe, jeśli załatwiałam zwolnienia (jednorazowe, stałych nie miałam), a jeśli grałabym do wyrzygania w kosza/siatkę to już byłoby zdrowe? Biegam już 4 lata. Kontuzje miałam dwie, niegroźne, obeszło się nawet bez fizjo.

          • Kasia

            nie, Pani teraz przekrzywia moje słowa. Wf daje absolutne podstawy, zarówno koordynacyjne jak i wydolnościowe. Nie wnikam w to jak wyglądał u Was wf. Ale kiedy miało się okazję z tych piłek i sali gimnastycznej skorzystać, Wy po prostu twierdziliście że to bez sensu. Tak najłatwiej, zamiast powiedzieć nauczycielowi czego oczekujecie od lekcji wfu. Ale dzieciaki niczego nie oczekują, a już na pewno nie potu i już na pewno nie tego, żeby pazurki się połamały.
            Samemu można dojść do kondycji, samemu można wyćwiczyć mięśnie i z sukcesami biegać. Ale strat z czasów szkoły samemu się nie nadrobi.
            Nie będę się więcej rozwodzić na ten temat. Nie chcecie – nie wierzcie mi na słowo. Jakoś nie zależy mi na tym, żeby Wam coś udowadniać.

            Aaa, i chodzi mi o te półroczne/roczne zwolnienia. Dochodzi do sytuacji, że 25letnia dziewczyna trafia do szpitala po przejściu 2 pięter po schodach, bo ma tak słabe serce. Bo całe życie załatwiała zwolniania z wfu.
            Już nie mówię o przeciążeniach mięśni, te chyba najbardziej po dupie dostają, gdy całe życie miały wakacje, a nagle właścicielowi się zachciało biegać długie dystanse. Biegać nie dla zdrowia, a dla szpanu.

            Każda forma ruchu jest dobra. Ruch to zdrowie. ALE warto zastanowić się po co się ruszamy. Po co biegamy? Jaki jest tego cel?
            Teraz jest moda na bieganie nie dla zdrowia, a dla wyglądu i szpanu. I nie widzę w tej modzie nic zdrowego.
            Bieganie dla zdrowia to bieganie z pełną świadomością i znajomością swojego organizmu. Do tego powinniśmy dążyć.

          • S.

            Moda na bieganie wzięła się z tego, że do biegania wystarczą buty i w zasadzie nic więcej nie jest potrzebne. Jak chodzić ktoś umie to i jako tako, mniej lub bardziej pokracznie pobiegnie.

            Przy wspomnianych sportach szkolnych np takich z piłką potrzebna jest zręczność, refleks, koordynacja ruchowa, podzielność uwagi do tego jak dochodzi jakaś taktyka gry i osoba w postaci przeciwnika to dla przeciętnego człowieka to za dużo elementów do połączenia na raz. Łatwiej założyć buty i jakoś tam biec przed siebie.

          • S.

            Kontuzje. Każdy ma inne zdrowie. Inne predyspozycje i inną intensywność treningu.

    • Joanna

      Nikt nie zaczyna od 15 km (bo i tak się zasapie w 1/4), tak jak nikt nie chwyta się od razu za sztangę ważącą więcej niż sam delikwent. A nawet jeśli – no i co :) Fuck, durniejsze rzeczy zdarzało się robić i pewnie pewnie drugie tyle jeszcze się zrobi.

  • http://recenzjezkrancainternetu.blogspot.com/ Klaudik

    Od czterech lat walczę ze swoim ciałem. Z nieakceptacją, ryczeniem z powodu kilku „zbędnych” kilogramów, fazami na codzienne treningi, biczowaniem się z powodu cheat mealów itp. Lista jest długa. I właśnie teraz, po tych czterech latach – skończyło się. Malvina, nawet w niewielkim stopniu przyczyniłaś się do tego, publikując tu kiedyś tekst o Kinseyu. Po przeczytaniu ogarnęłam świadomość, że jestem biseksualna, a niedawno – że mi się chude dziewczyny nie podobają. Nie podoba mi się przeciętna fit laska, która nie ma cycków, nie ma tyłka, ud i brzucha. Krągłości i pełniejsze kształty są piękne! Oczywiście ważne jest zdrowie i to, by zarówno zewnątrz nie zarastać tłuszczem (Bo tłustość świnki, a kobieta o zaokrąglonych kształtach to nie to samo), jak i by nie zalepiać nim swoich żył i narządów – ale pięknie jest sobie odpuścić. Na luzie zjeść lody, albo schrupać nachosy w kinie i nie mieć tych chorych wyrzutów sumienia. Biegać dla sportu i challengu, a nie by zrzucić centymetry. Kochać i akceptować siebie!
    I jeszcze jedno: kiedy akceptujesz to, że możesz zjeść coś niezdrowego, to znika presja i nie ma kompulsywnego obżerania się jak wtedy, kiedy było to zabronione.
    Pozdrawiam cieplutko <3

  • https://biegamzesmokiem.wordpress.com/ Pani Mak I Biegam ze smokiem

    Myślę, że każdy trenujący „na poważnie” miał takie fazy. Ja też i to kilka razy. Doszło do tego, że popłakałam się kiedyś po zjedzeniu loda! I doszło do mnie, że coraz mniej we mnie radości życia i mając 15 kg na plusie byłam o wiele bardziej wyluzowana. I dosyć. Co najlepsze – odkąd niczego sobie nie odmawiam, tak naprawdę rzadko kiedy mam ochotę na to, co kiedyś mi się prawie po nocach śniło. We wszystkie ciuchy się mieszczę, a ludzie nie pytają mnie już czy jestem chora. Jem dalej zdrowo, biegam dużo, ale nie odmawiam sobie już bagietki czy popcornu w kinie. A że kiedyś miałam ze 2-3 cm w talii mniej? No to co.

  • S.

    Czekałem aż dojdziesz do tego wniosku ;)

  • http://gackovski.pl Łukasz

    Też to przechodziłem:)… 5 miesięcy wstawania dzień w dzień o 4:20, żeby już o 6 machać żelastwem, po to by po pracy mieć czas dla domu i syna. Do tego dieta i deficyt snu. Ciało na zewnątrz niby ciekawsze, ale w środku wrak. Odpuściłem, bo po 18-stej syn wychodził na plac zabaw z zombie a nie z tatą. Priorytety się zmieniły, ale i tak nie żałuję. Dzisiaj już bez napinki:)

  • Nelia

    Malvino – witaj w świecie ludzi „żywieniowo” wolnych :D naprawdę bardzo się cieszę, bo jak kiedyś napisałaś w jakimś wpisie lub komentarzu (wybacz moją niepamięć w tym względzie), że każdy posiłek ważysz to jedyne co pojawiło się w mojej głowie to: WTF? ;) masz naprawdę świetną figurę, więc tak rygorystyczne traktowanie swojej diety nawet w kontekście uprawiania sportu, udziału w maratonach itd było chyba trochę przesadzone, stąd brawo za, po raz kolejny, zdroworozsądkowe podejście do życia. Już zaczynałam myśleć, że jestem jedyną osobą, która w całym swoim życiu nie stosowała żadnych diet. Dieta kojarzy się od razu z jakimś ograniczeniem. Nikt nie lubi, jak coś go ogranicza. Możesz nie jeść słodyczy, nie jeść śmieciowego żarcia, bo nie masz na nie zwyczajnie ochoty, ale jestem pewna, że gdybym narzuciła sobie zero słodyczy od jutra to jedyną myślą po przebudzeniu byłaby ta o zjedzeniu pysznej Milki Oreo.. Równowaga jest najważniejsza we wszystkim, to jest taki banał i takie proste a jednocześnie tak trudne do osiągnięcia jeśli człowiek się na coś zafiksuje.. Pozdrawiam!

    • S.

      Ja nie jem słodyczy ani nie używam cukru. Jak chcę coś słodkiego to jem daktyle albo figi. Ale jak mam ochotę to sobie od święta kupię loda, hamburgera czy słodzone piwo. Ale nie miałbym wyrzutów sumienia jakbym tego nie zrobił.

      Kubki smakowe można wytresować.

      • Nelia

        Jasna sprawa. Wszystko w granicach rozsądku, zdrowego rozsądku. Co do kubków smakowych, moje są efektem bezstresowego wychowania, co zrobisz – nic nie zrobisz ;D pozdrawiam

        • S.

          Chodziło mi o to, że jak jesteś przyzwyczajona do słodyczy od dziecka to wcale nie oznacza, że jesteś skazana na słodycze do końca życia.

          Tego można się odzwyczaić.

    • Nillay

      Dziękuję, jutro pierwsze co, to będę biec do sklepu po Milkę =,= Jak już coś wejdzie do głowy… :(

      • Nelia

        To niechcący ;) na pocieszenie dodam, że można kupić baton milka oreo – zawsze to mniej niż cała tabliczka ;)

  • KaZet

    Malvina a pojawi sie jakis tekst, ktorego potem nie bedziesz komentowac, ze „tamto o czym pisalam jednak mi nie sluzy”? Albo jestes testerka zycia albo niekonsekwentna. Z tym ze jedno i drugie moze byc urocze jak i wkurzajace;)

    • http://www.malvina-pe.pl/ Malvina Pe.

      „Testerka życia”? Raczej człowiek z krwi i kości, który eksploruje, popełnia błędy i nie boi się o tym mówić na głos.

    • gwen

      Hahaha! Tekstem, który nie będzie weryfikować wyborów, komentować, ani podważać czegokolwiek, będzie zapewne ten ostatni, nagrobkowy. Same fakty i wsio :P

  • eMeM

    Wczoraj, po dwóch miesiącach diety, a raczej męczarni dla psychiki, podjęłam decyzję, że pierd*le te wszystkie diety, bo tylko się wykończę. Efekty marne, a psychicznie wrak. Będę jeść to co lubię, ale rozsądnie. Bo to działa na mnie najlepiej.
    Wchodzę dzisiaj na bloga, a tam tekst wycięty wprost z mojej głowy z wczoraj. ;)
    (a dzisiaj muszę odpowiadać na pytanie „co z moją dietą?! tylko dlatego, że wreszcie zjadłam na śniadanie kanapkę, z chleba…)

  • http://www.jablondyn.pl Wilk

    Bardzo fajny tekst. Prosty i dużo wartości dydaktycznych przeżytych organoleptycznie. Zdecydowanie za rzadko moim zdaniem porzucasz pozę zblazowanej, zmęczonej życiem, którą niewiele jest w stanie zaskoczyć. Ten wpis zaś, czyta się świetnie. Niesie za sobą przekaz i mądrość wyniesioną z własnych doświadczeń. Nie są to pohukiwania domorosłego psychologa, co często Ci wyrzucam. Naprawdę, dla mnie najlepszy w swej prostocie Twój tekst jaki czytałem. Bardzo mi się podoba ta „równowaga”. Brawka.

    Kiedyś zajmowałem się sportem w sposób wyczynowy lub pół wyczynowy. Porzuciłem, ale ciąg do sportowego zmęczenia fizycznego pozostał. Utrzymywałem – jak to jest nazywane – sportową sylwetkę i tryb życia. Niestety, krótki, króciuteńki okres wystarczył bym przeistoczył się w dżabę. Rok. Przygniotły mnie obowiązki zawodowe, nawarstwione problemy życiowe, szybko wkradł się leń i odpuściłem, chwilowo jak mi się wydawało, sport. Jadłem szybko, przypadkowo i nie zawsze to co trzeba. Kiedy na świątecznej fotce z rodziną spojrzałem na siebie z odrazą – ta tłusta morda to jestem ja?, nadszedł czas zmian.
    Zacząłem korzystać z dietetyka. Tak ja, wtedy trzydziestolatek poszedłem po radę do dietetyka. Korzystałem sześć miesięcy, po to by nauczyć się regularności i porządku w odżywianiu. W międzyczasie wróciłem do sportu. Zacząłem biegać, czego wcześniej nie robiłem. 5 km co drugi dzień. Po kilku miesiącach zwiększyłem do 8. Po kolejnych do 10, 12, a dziś 17 kilometrów ciachanych co drugi dzień. Biegam rano, bo to mnie dobrze stroi na resztę dnia. Taki rytm ułożyły mi tropiki, w których długo mieszkałem. Czas przed wschodem, to była najlepsza pora i jedna z niewielu do zniesienia podczas biegu. Poza tym 17 kilometrów wzdłuż wciąż śpiącej plaży. Uwielbiałem.
    Obecnie pracuję więcej z domu i mogę to sobie ułożyć bez komplikacji. Nie muszę być w biurze na dziewiątą. Popołudnia są dla mnie i nie chcę by bieganie stało się obowiązkiem. Jest dla mnie istotne, ale staram się nie dziczeć. Ma pozostać przyjemnością i relaksem. Podobnie z odżywianiem. Przez sześć miesięcy opieki dietetyka i później kilka kolejnych, zdałem 18 nadprogramowych kilogramów. Pozostał mi wyuczony sposób odżywiania, nad którym trzymam kontrolę opasaną w rozsądne ramy. Nie jestem jego niewolnikiem. Wszystko jak opisałaś. Nie odmawiam sobie „zachcianek”, choć mam również świadomość by nie przeginać. Rygor kaloryczny utrzymuję względny, ale nie zliczam ich kalkulatorem. Równowaga.
    I to już dziewiąty rok wczesno-porannego biegania i trzymania kondycji łamanej przez sylwetki, aczkolwiek zachowanych na zdrowo rozsądkowych proporcjach.

  • iza

    no miałam tak samo :) i już nie mam :P

  • http://entropysphere.wordpress.com/ entropysphere

    Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. W każdej dziedzinie. Ani jedno ani drugiej ekstremum nie jest dobre. A wahanie sie między jednym a drugim to chyba w ogóle najlepszy pomysł.

    • S.

      Czasami ta nadgorliwość pozwala niektórym sięgać tam gdzie inni nawet nie są w stanie marzyć. Co daje innym nadzieję oraz prowadzi do ogólnie pojętego postępu.

  • Name

    Myślę, że powinnaś wrócić teraz do wpisu z 28 stycznia b/r i przeprosić wszystkich, którym w ówczesnym czasie cisnęłaś, że „chcieć to móc, a jeśli nie możesz to znaczy, że jesteś niezorganizowanym leniem”. Jak widać „chcieć to móc” obowiązuje tylko przez krótki okres, bo wyeksploatować do cna można się szybciej niż Ci się zdawało. I że nie zawsze brak czasu i zmęczenie to wymówka ludzi leniwych. Zabawnie jest zestawić cytaty: „Gotuję w domu, ważę produkty, przeliczam zawartość białka, węglowodanów, tłuszczów w posiłkach i nie uważam, żeby było to z mojej strony wielkie wyrzeczenie. Ot, poświęcam na to dodatkowe 30-60 minut każdego dnia. Mniej więcej tyle, ile trwa odcinek „Przyjaciół” albo „Gotowych na Wszystko”.” z „Byłam zmęczona (…) nieustanną kontrolą. Kurwa! Przecież ja na samo ważenie produktów i sprawdzanie ich kaloryczności poświęcałam co najmniej godzinę dziennie! Okazało się, że jestem w stanie tak funkcjonować dwa miesiące. Później przestałam wyrabiać.” Jesteś, droga Malwino, tylko człowiekiem i czasem dobrze jest przyjąć, że nie zawsze i nie w każdej kwestii ma się rację idąc w zaparte, że moja racja jest najmojsza, bo jak widać życie owe racje weryfikuje dość szybko – w tym przypadku pół roku wystarczyło, byś stanęła po drugiej stronie barykady i dostrzegła absurd tamtych słów. Lubię Cię czytać, ale życzę odrobinę mniej zacietrzewienia i otwarcia umysłu – dopuść do siebie myśl, że ludzie, którzy myślą inaczej po prostu myślą inaczej, a nie gorzej ;) Miłego dnia.

    • mnx

      Dokładnie, jak mogłaś wmawiać ludziom, że można gotować w domu i zdrowo się odżywiać, a pół roku później wyznać, że czasem opuszczasz jeden trening w tygodniu i jesz takie odchody Lucyfera jak ser czy węglowodany? Chyba wszyscy są rozczarowani taką nieodpowiedzialną postawą! Przecież żaden poważny człowiek nie zmienia raz powziętych postanowień i nie dostosowuje diety do stanu ducha/sytuacji życiowej. PRZEPROŚ WSZYSTKICH CZYTELNIKÓW ZA SWOJĄ DIETĘ ! A „name’owi” powyżej- również życzę mniej zacietrzewienia ;)

  • Propaganda nihilizmu

    Ogromnie dziękuję za ten wpis! Cieszę się, że sobie odpuszczasz, bo chyba mamy trochę wspólnego i niepokoił mnie ten Twój żelazny rygor. Nawet Malvinę – uosobienie wolności i humanizmu – pochłonęła bezwzględna moda na clean food, fitness i życiową stabilizację?! No way! :) Mnie ciśnienie – otoczenia i własne – na szczupłe ciało towarzyszy od dziecka. Byłam grubą nastolatką i codziennie przypominało mi o tym nie tylko lustro, ale i „życzliwi” ludzie. Po licznych niepowodzeniach w końcu udało mi się schudnąć – wtedy „życzliwi” zaniepokoili się rzekomą anoreksją, której wtedy (jeszcze) nie miałam. Pojawiło się też zainteresowanie płci przeciwnej, zwieńczone nieszczęśliwą miłością i efektem jo-jo. Ale schudłam znowu – wolniej, rozsądniej i trwale, niestety po kilku latach pod wpływem dużego stresu kontrolowane żywieniowe dziwactwa przerodziły się w anoreksję bulimiczną. Psychoterapia utwierdziła mnie w przekonaniu, że to m.in. mój wentyl bezpieczeństwa w obliczu wysokich wymagań, jakie sama sobie narzucam. Fit lajfstajl jakoś mnie przy tym nie zainteresował, aktywność fizyczną traktuję jako okazję do zgubienia kalorii i niemyślenia o jedzeniu. Jeszcze zanim zachorowałam powiedziałam zresztą stop – najpierw byłam za gruba, potem za chuda, a teraz popkultura wpędza mnie dodatkowo w kompleksy z powodu bycia „skinny fat” – dość już tego wyścigu! Uznałam, że zrobiłam już wystarczająco dużo być osiągnąć satysfakcjonujący mnie wygląd. Teraz dodatkowo spoglądam na sprawę z perspektywy ED – dla mnie sukcesem będzie w miarę normalne odżywianie się – nawet jeśli będą to czasem lody na śniadanie albo same kluski na obiad – wszystko, na co mam ochotę, ale w racjonalnych ilościach – a nie napady albo ograniczenie całodziennego jadłospisu do drożdżówki popijanej kawą. Dieta niskowęglowodanowa, nasiona chia, sześciopak, siłownia i maratony to dla mnie w tym momencie nieosiągalne fanaberie, które mogłyby jeszcze bardziej zrujnować moją psychikę. Odpuszczam sobie przynajmniej pod tym względem i obieram – z nieco innej pozycji – kurs na zdrowy rozsądek.

  • S.

    Malwina takie pytanie z ciekawości. Ile razy w tygodniu biegasz i jaki dystans?

    • http://www.malvina-pe.pl/ Malvina Pe.

      4 razy w tygodniu, dystanse od 8 do 32 km.

      • S.

        A dystans to masz sztywno ustalony czy tak sobie dobierasz pod samopoczucie dla danej chwili ?

        • http://www.malvina-pe.pl/ Malvina Pe.

          Trener mi rozpisuje plan.

  • aknA

    Zamiast orientować się w ilościach kalorii, lepiej wiedzieć o wartości odżywczej produktu. Bo tak się składa, że człowiek nie jest tym co je, a tym co przyswoi. Polecam zapoznać się z takim „czymś” jak nutritarianizm – wtedy diety można będzie sobie wsadzić w… kieszeń ;)

  • http://bymadameem.pl Marta

    Miałam kiedyś taki czas odchyłow, kiedy liczyłam kalorie wszystkiego co jadłam, może nie ważyłam swoich porcji ale w sumie nie było czego ważyć bo jadłam zajebiście mało. Byłam glodna juz pięć minut po posiłku ale uważałam , że tak jest dobrze bo dzięki temu kontroluje swoją wagę. Potem przyszły studia i czas jedzenia wszystkiego co popadnie. Śniadanie o 16. Kolacja w KFC o 4 rano. Nie mam tendencji do tycia wiec nie odbiło to się na mojej wadze ale jednak czułam się źle sama ze sobą. Az w końcu zaczęłam się zastanawiać nad tym co jem i jak jem. Teraz nie odmawiam sobie większości rzeczy. Jak mam ochotę na kostkę czekolady to ją jem. Jak jestem w podróży i nie mam co zjeść to jem w KFC. Ale na co dzień po prostu myślę o tym co jem, urozmaicam, ma być zdrowo i fajnie i bez odchyłów w żadną stronę.

  • Łukasz

    Podoba mi się ten wpis. W prawdzie często lubię z Tobą polemizować Malwino ale tym razem robił tego nie będę bo zwyczajnie nie mam podstaw. :)
    Cieszę się więc, że wreszcie mogę się z Tobą zgodzić, choćby na żywieniowo – sportowej płaszczyznie. ;)
    Cieszy mnie również że dostrzegłaś częściowy absurd swoich wcześniejszych działań i zdobyłaś się na swoistą samokrytykę i refleksję.
    Wreszcie, bardzo cieszy mnie również fakt, że dostrzegłaś iż ciało jest tylko powłoką a dużo lepsze ( i bardziej wymierne efekty) owoce daje praca nad głową – rzekłbym podejściem. Co nie znaczy naturalnie, że dzięki pracy nad ciałem nie przyswoiło się kilkunastu pożytecznych nawyków żywieniowych. Coś o tym wiem bo sam przez długi czas byłem na diecie – tyle że ja budowałem masę mięśniową – mimo ektomorficznej budowy ciała i szybkiego metabolizmu. W sumie robię to do teraz, tyle że już bez reżimu dietetycznego, który mnie wykańczał.
    Rygorystyczna dieta polegającą na odważaniu i pozbawianiu się małych ( albo wręcz jakichkolwiek kulinarnych) przyjemności nie ma moim zdaniem sensu. Po co w końcu żyć, skoro nie czuje się smaku tego życia i nie dostrzega jego kolorów. To trochę jak takie życie muzyki, tańca czy seksu.
    Abstrahując jednak od rygoru/reżimu drakońskich diet – uważam że każdy człowiek może sobie przyswoić co najmniej kilka pożytecznych nawyków żywieniowych, które zaprocentują lepszym zdrowiem. Jak choćby wspomniana przez Ciebie ilość posiłków czy wzbogacenie diety w większą ilość warzyw.
    Rzekłbym, że należy czuć się dobrze w swoim ciele i nie popadać w skrajności. Owszem rzekłbym… tyle że w zbyt wielu przypadkach ludzie tłumaczą sobie powyższym fakt, że mają 20 czy 30 kg nadwagi i zamiast poszukać „sposobów” na poprawę swojego samopoczucia i sylwetki za pomocą zmiany swoich nawyków żywieniowych ( nie mylić z drakońskim dietami) to zaczynają opowiadać „herezje” o akceptacji własnego ciała. O akceptacji raczej nie ma tu mowy bo jak dla mnie to raczej poczucie zrezygnowania i poddanie się. Owszem, ktoś może mi zarzucić że próbował już wszystkiego i nie zadziałało… tyle że ludzi z tego rodzaju opornością, tudzież problemami natury metabolicznej jest naprawdę bardzo mało a w ogromnej większości przypadków pies jest pogrzebany w stylu życia i odżywianiu.

    Wszak, „jesteś tym co jesz”
    Praca nad ciałem jest fajna i nierzadko daje wymierne efekty, tyle że nie może przesłonić tego kim się jest oraz ludzi tudzież rzeczy, które kochamy/cenimy w naszym życiu najbardziej. Bo wówczas się nie żyje tylko egzystuje.
    Ale to moje kontrowersyjne zdanie. ;)

  • Karolina

    Malvina jesteś meeeeeeeega pozytywną babką!!! Genialny tekst!