DZIEŃ OJCA

dzien-ojca-malvina-pe

– Zadzwonisz?
– Po co?
– Bo to twój ojciec.
– Zrobił mnie. Tyle. Uważasz, że to osiągnięcie, za które powinnam dziękować?
– A pamiętasz, jak uczył cię jeździć na rowerze? Albo jak wrzucał cię do wody nad morzem i ganiał się z tobą po plaży? Pamiętasz, jak pozwolił ci jechać na koncert Toola, chociaż matka protestowała, bo spóźniłaś się do domu po imprezie? Pamiętasz, jak rzucił się na faceta, który potrącił cię na ulicy samochodem? Może nie wiesz, ale wtedy płakał. Pamiętasz, jak jechał 160 na godzinę, żebyś zdążyła na samolot do Stambułu? Albo jak…
– Pamiętam lęk, strach, wieczne napięcie. Pamiętam krzyk. Wódkę. Morze wódy. I chorobliwą zazdrość. To z tej zazdrości i z tej wódy brała się złość, gniew i podbite oko matki. Dziesiątki siniaków, tysiące słów zapisanych na setkach kartek pomarszczonych od wody z oczu. Pamiętam awanturę o to, że herbata jest za gorąca. Pamiętam matkę zwisającą z balkonu na czwartym piętrze i cedzone przez zęby „pożegnaj się z życiem, kurwo”. Pamiętam dwie godziny jeżdżenia w kółko po parkingu za karę, że nie potrafiłam poprawnie zaparkować auta. Pamiętam rzygi i szczyny oraz smród przetrawionego alkoholu. Pamiętam też grę pozorów: wieczny uśmiech przyklejony do twarzy, który zdejmowałam dopiero po przekroczeniu progu domu. Pamiętam ucieczki: do dziadków, sąsiadów albo po prostu, przed siebie. Może to dlatego teraz biegam szybciej niż większość dziewczyn – ja po prostu nie mogłam dać się dogonić staremu… Tak więc jeśli pytasz, czy pamiętam, moja odpowiedź brzmi: TAK. I nie wiń mnie za to, że nie pamiętam dobrych chwil. Po prostu to wszystkie złe uczyniły mnie tym, kim dzisiaj jestem.

 

*

Idziesz wąską ścieżką, która prowadzi przez ukwieconą łąkę. Jest piękny, słoneczny dzień. Przemieszczasz się energicznie, podziwiając okoliczności przyrody. Ścieżka pnie się w górę. Podążasz nią i odkrywasz, że na końcu jest polana okolona lasem. Na polanie, przy ognisku, siedzą twoi rodzice. Oboje są radośni, uśmiechnięci, beztroscy. Rozmawiają ze sobą, żartują. Nie zachowują się jak ludzie, z którymi obcujesz na co dzień. Są wolni od wszystkich swoich traum, problemów i słabości. Rozmawiasz z nimi w ciepły, pogodny sposób. A potem mówisz o tym, co dla ciebie ważne. Co powinno się zmienić. Najpierw mówisz o tym matce, a potem ojcu. Teraz, jeśli jesteś gotowa…

Otwieram oczy.

 

*

 

– Mam dla was afirmacje uwalniające. Po powrocie do domu przeczytajcie to, co jest na nich napisane, na głos. Możecie dwa razy, jeśli poczujecie taką potrzebę – Grażyna rozdaje nam kartki.

Zginam swoją wpół i chowam do torebki. Jest 21:30. Czas wrócić do domu i w końcu się wyspać jak człowiek.

 

*

 

Przewracam się z boku na bok. Gorąco jest, nie mogę zasnąć. Wstaję, zapalam lampkę, idę do kuchni, nalewam wody do szklanki, wyciskam cytrynę, piję szybko, łapczywie. Wracam do pokoju, ale nie kładę się. Sięgam do torby po pomiętą kartkę.

Patrzę na nią dłuższą chwilę i chowam z powrotem. Gaszę światło. Idę do łóżka.

Nie mija pięć minut. Wstaję. Zapalam światło. Wyciągam kartkę. Patrzę na nią. Oddycham głęboko. Patrzę w ścianę. Znów patrzę na kartkę. Zaczynam czytać na głos.

Dzisiaj, dla swojego własnego dobra, wybaczam ojcu.
Dzisiaj, dla swojego własnego dobra, wybaczam krzywdy, które mi uczyniono. Brak akceptacji. Lęk. Strach. Brak poczucia bezpieczeństwa. Nienawiść. Przemoc.
Puszczam w niepamięć powyższe krzywdy oraz moją na nie reakcję i życzę mojemu ojcu wszelkiego dobra. Czyniąc to, uwalniam się od przeszłości i związanych z nią cierpień. Ten człowiek i krzywdy, które mu wybaczyłam, nie mają już nade mną władzy.

 

*

Telefon leży przede mną nieruchomo. Gapię się w niego od dziesięciu minut. W końcu sięgam, szybko nerwowo, odblokowuję ekran, stukam palcem w zieloną słuchawkę, potem stukam w „O”. Pusto.

No tak. Przecież wykasowałam jego numer.

0 Like

Share This Story

Ludzie
  • aspin

    Niektórzy nie mieli takiej okazji. Teraz jest już za późno…

    • Siri

      No cóż, takie życie, ale nie każdy będzie żałował tego, że nie zdążył.

  • karola

    ja zadzwoniłam. pierwszy raz od kilku lat, nie żałuję

  • https://femalepilot.wordpress.com/ Brzeska

    Been there done that. Pod ‚o’ mam 2 numery. Oba do znajomych. Wybaczyć wybaczyłam, ale składanie życzeń przez biologiczny wzgląd, to nie moja bajka

  • Jus

    „Wybaczam Ci, jednocześnie czyniąc Cię odpowiedzialnym wyrządzonych mi krzywd” a taka naprawdę cały ten proces uwalniania trwa latami, kur… boli, ale warto.

  • Maciek

    nie ważne czy to ojciec czy matka…cały czas boli tak samo…

  • http://www.znetawziete.pl/ OlgaEs

    Ja jestem za niedzwonieniem, jeśli ktoś skrzywdził. Na miłość dzieci trzeba sobie zapracować. Jesteśmy na tym świecie, bo rodzice tak chcieli lub wpadli i czuli, że musieli. Nie jesteśmy nic nikomu winni. Ja, choć mam tatę cudownego, wiem że więzy krwi są przereklamowane i tylko dlatego, że ktoś nas urodził i wychował nie możemy mu wybaczać wielkich błędów. Więzy krwi powodują, że łatwiej nam być dla kogoś dobrym, jeśli nie jesteśmy, to cóż, nie zasługujemy na wybaczenie, tylko dlatego, że rodzina, tata i mama.

    • Pionierka

      Najgorsze jest, że na miłość dzieci, zanim dorosną, wcale nie trzeba zapracować. Kochają bezwarunkowo. Zapominają o krzyku: nienawidzę cię, zapominają o wódzie, o awanturach, o policji w domu, o braku pieniędzy, o totalnej olewce. Potrafią lecieć za pijącym, olewającym rodzicem, licząc na chwilę trzeźwości i uwagi. I na każdy ochłap reagować z wdzięcznością, jak skopany pies, który i tak będzie merdał ogonem na widok właściciela.

  • Katarina

    Powinnam podziękować za: brak wsparcia, poczucia bezpieczeństwa, ciepła, codzienny strach, poczucie zniewolenia, ciągłe ucieczki od realiów życia domowego, za poniżanie, przemoc psychiczną, każdego klapsa, przyłożenie nie raz paskiem, klęczenie w kącie, wyrzuty, rozmowy po alkoholu i nie tylko, wmawianie, że nie jestem ważna, ładna i że dzieci są po to, aby wyręczać rodziców i .. mogłabym wymieniać bardzo długo, tylko czy to coś zmieni? Bo mimo tego wszystkiego gdzieś podświadomie próbuję zasłużyć na akceptację i miłość taty. Chociaż dzisiaj zdałam sobie sprawę z tego, że jeśli coś dobrego wydarzy się jeszcze w moim życiu i będę się chciała z tym podzielić z kimś bliskim, to nie będzie to ani moja mama, ani tato…

    • Tomek

      Spróbuj sobie afirmować „miłość ojca jest mi zbędna” albo „ojciec jest mi obojętny”.

  • Łukasz

    Szczerość za szczerość Malva.
    Ojciec?,hmm… no właśnie co ja pamiętam.
    A… już się rozjaśnia. Przez jakieś pierwsze 10 lat nic… jakby nie istniał albo raczej jakbym to ja i matka dla niego nie istnieliśmy. Przypomniał sobie jak skończyłem technikum, bo musiał płacić alimenty. Mimo to w pewnym wieku chciałem poznać tego człowieka (dlaczego? a cholera wie)… po kilku spotkaniach odechciało mi się. Jakieś pół roku temu spróbowałem ponownie… cóż, zobaczymy co z tego wyjdzie na dłuższą metę.

    Ojczym? Hmm… pojawił się jak miałem jakieś 10 lat. Pierwsze kilka lat w miarę spokojnie, potem był alkohol, grozby i znęcanie. Ale są też plusy… dzięki temu zainteresowałem się psychologią, siłownią i sportami walki.
    I jak tu się nie rozwijać, co nie? Po drodze przyjęli mnie do mundurówki.Ojczulek raz wysłany na izbę wytrzezwień, potem drugi i trzeci. W końcu troszkę go uszkodziłem podczas obezwładniania a jak wytrzezwiał oznajmiłem mu że kolejna próba stosowania przemocy będzie jego ostatnią w życiu. Założona niebieska karta i od tego czasu względny spokój. Tyle że na dniach kupuje w końcu własne mieszkanie i muszę wykombinować jak tego człowieka trzymać w ryzach kiedy nie będzie mnie fizycznie już w domu… a szkoda żeby siostrom i matce coś się stało.

    Wręcz jak wybieranie między dżumą a cholerą. Zacytuję tylko: „Zło jest złem,mniejsze czy większe, nie ma różnicy (…) jak to ocenić, czy to w ogóle możliwe. Jeśli mam wybierać między złem a złem, wolę nie wybierać wcale”
    Mimo to, sarkastycznie dziękuję. Za najlepsze w życiu antyprzykłady jakim ojcem nigdy nie być i jakim mężem nigdy nie być. W prawdzie wolałbym przykłady pozytywne, rzekłbym godne naśladowania ale jak widać „Szef” miał wobec mnie inne plany.
    Swoją drogą to ciekawe, że czuję się bardziej „ojcem” dla swoich sióstr niż bratem. Zabawne, co?

    Może kiedyś dam radę wznieść się ponad to, może kiedyś znajdę w sobie dość siły by wybaczyć. Nigdy jednak nie zapomnę.

    • N

      zainteresował mnie Twój komentarz, więc pozwolę sobie coś napisać… :)
      skoro chcesz naprawić relacje z ojcem, to świadczy o tym, że jesteś w stanie mu wybaczyć, a to dobrze – noszenie w sobie żalu nic nie da, zawsze warto próbować.
      ojczym? sam mówisz, że dzięki niemu zainteresowałeś się wieloma rzeczami; jakiekolwiek sytuacje nie miałyby miejsca w naszym życiu, wszystkie czegoś nas uczą, coś nam dają, to one nas kształtują. przejście przez taką drogę było potrzebne, żebyś dzisiaj był w tym miejscu, w którym jesteś :)
      mundurówka… to też ciekawe. skoro zdecydowałeś się na taki krok, to chcesz pomagać ludziom, którzy często przechodzą to, co Ty kiedyś. to dobrze świadczy.
      czujesz się tak, bo zawsze musiałeś być odpowiedzialny, szybciej dorosnąć, dbać o nie – to „normalne” w takiej sytuacji.
      na koniec jeszcze tylko dodam, że już dawno wybrałeś inną drogę niż oni; mam nadzieję, że dalej będziesz nią podążać. szczerze życzę powodzenia i mam nadzieję, że się uda :)

      • Łukasz

        To miło z Twojej strony, bardzo lubię rzeczową i merytoryczną polemikę. ;)
        Wiesz, generalnie nie mam ochoty i zamiaru niczego naprawiać, bo nie ja to zepsułem. W sumie powinienem doprecyzować i pójść o krok dalej – jak można zepsuć coś czego nigdy nie było – w odniesieniu do relacji a raczej jej braku.
        Moje zachowanie wynika z paskudnej wady – ja po prostu nie skreślam nigdy ludzi od razu w pierwszym rzucie. Zawsze staram dać się drugą szansę – mimo, że niektóre „Panie” sukcesywnie próbują mnie z tego leczyć, swoim zachowaniem.
        Owszem, kiedyś być może będę w stanie wybaczyć ale na to trzeba sobie niestety zasłużyć i dać coś od siebie… tak więc przed niektórymi jest długa droga.
        Zgadzam się z Tobą za to, że żalu nie warto nosić… ja swój, razem z gniewem nauczyłem się wyładowywać na treningach i tym samym przekuwać swoje słabości w atuty… a przy okazji pracować nad formą i sylwetką. ;)
        Może właśnie dlatego jestem nieco surowy i wymagający dla innych – dla siebie jestem dwa razy bardziej… co najmniej. W moim słowniku nie ma słów,nie mogę nie umiem, nie mam siły – jeśli się chce to się potrafi, wystarczy trochę chęci i wysiłku… i da się.

        Idzmy dalej.
        Nie dzięki niemu a raczej przez niego. O tym pierwszym przypadku moglibyśmy mówić gdyby ów ojczym sam interesował się tymi zagadnieniami a swoim podejściem wychowawczym sprawiłby/ zaciekawiłby mnie. To że zainteresowałem się tymi dziedzinami miało charakter czysto pragmatyczny, wyszedłem z założenia, że znając pewne mechanizmy będę potrafił pewne rzeczy słownie wyperswadować, powołując się m.in. na logiczne argumenty. W przypadku jeśli to zawiedzie i do głosu dojdą przesłanki irracjonalne razem z siłą fizyczną – w tym momencie po pewnej ilości treningów będę miał siłę i umiejętności aby człowieka uspokoić, wyrządzając mu (ewentualnie) najmniejszą możliwą szkodę.

        Owszem zgadzam się, że wszystkie sytuacje uczą i kształtują. Niestety, wielu ludzi nie ma czegoś co nazwałbym silną psychiką i umiejętności uczenia się na błędach. Czy to cudzych czy swoich. Rzekłbym, że głupcy często są pewni siebie i przekonani o własnej nieomylności… ci mądrzy są zazwyczaj bardzo krytyczni i skromni wobec siebie a zarazem pełni wątpliwości z uwagi, że na każdą sytuację patrzą z kilku stron a nie jednej (frontowej) jak robią to ludzie powierzchowni, bazujący tylko na pierwszym wrażeniu.
        Inny na moim miejscu może by popadł w alkohol czy inne nałogi, może zachowałby się tak samo a może byłby jeszcze twardszy. Życzyłbym sobie jak najwięcej tych trzecich, życie jednak pokazuje, że najwięcej jest tych pierwszych. I płeć tu nie ma znaczenia.
        Dzisiaj stoję w tym miejscu dlatego że odkryłem czego chcę w życiu ( albo lepiej czego nie chcę) i wystarczyło mi jaj aby to wdrożyć.

        Właśnie dlatego, strasznie irytują mnie ludzie, którzy wiecznie są pogubieni i niezdecydowani. Uciekają w nałogi i nie potrafią złapać swojego życia w swoje własne ręce… a raczej nie chcą, bo to wszak dla nich zbyt trudne
        Narzekać i płakać, potrafi każdy frajer (pardon) ale umiejętność przyznawania się do błędów, pokory i wyciągania wniosków to już broszka ludzi raczej mądrych.

        Odpowiedzialność i parę innych cech, to „normalność” w takiej sytuacji. Powiedz to jednak ludziom, którzy od małego wszystko mieli, teraz generalnie też tak jest a wciąż tylko narzekają i biadolą. Strasznie to widać na polu relacji damsko – męskich. (Nienawidzę dosłownie roszczeniowości)
        Dzięki za miłe słowa, ja również mam nadzieję że nie zabraknie mi charakteru. ;)

        Pozdrawiam.

        • N

          a ja lubię ludzi, z którymi można normalnie rozmawiać, którzy mają coś do powiedzenia ;)
          sam wyżej napisałeś, że pół roku temu próbowałeś, więc chyba jednak była jakaś chęć? jeżeli nie było relacji, to trzeba zacząć od początku, ale w tej kwestii to chyba on powinien pierwszy wyciągnąć rękę do Ciebie, bo on zawinił.
          nie zrażaj się przez zachowanie nielicznych osób, to nie jest wada. nie powinno się skreślać już na początku. może jest to pewna naiwność, że tak uważam, ale mam wrażenie, że lepiej być nastawionym do ludzi w ten sposób, niż patrzeć na każdego podejrzliwie.
          z pewnością, na wszystko trzeba sobie zapracować ;)
          ale to chyba dobrze, powinno się czegoś wymagać – oczywiście dając też coś od siebie ;) i to jest właśnie jeden ze „skutków ubocznych” tego wszystkiego, jesteś dzisiaj silny, wiesz, że musisz o wszystko walczyć. a że nie ma rzeczy niemożliwych, możesz osiągnąć wszystko.

          rzeczywiście, może zostało tutaj użyte nieodpowiednie sformułowanie; zainteresowałeś się tym przez niego. czyli w tej sytuacji także można dostrzec pozytywy – gdybyś go nie spotkał, mógłbyś nie znaleźć tych pasji. piszę o tym, aby pokazać, że myśląc pozytywnie, wszystko jest prostsze.

          wszystkim ludziom niestety nie pomożemy, mimo chęci, więc dobrym będzie skupienie się na zdrowym egoizmie. najważniejsze jest to, że Ty zdajesz sobie sprawę z tego, że mądrością jest uczenie się na błędach, a pokora to coś ważnego.

          wybranie jakieś drogi i podążanie nią, to coś, do czego niewątpliwie potrzeba siły i motywacji, zdecydowania i gotowości do ciężkiej pracy, a wielu tego brakuje, jak już sam zdążyłeś zauważyć. dlatego łatwiej cały czas narzekać…

          czasami nie warto już nawet tłumaczyć; ci ludzie zawsze będą uważali, że ich problemy są największe, a oni są najbardziej nieszczęśliwi. zawsze wszystko mieli i nie rozumieją, że należy dawać i wymagać, nie tylko brać ;)

  • http://kacperpokorski.com/ Kacper Pokorski

    Już miałem napisany taki długi komentarz.

    I skasowałem.

    Miłego dnia !
    Buzi.

  • http://www.srodeklasu.costam.pl ZombieMom

    Zabolało. Wybaczyłam już dawno, ale do dziś zaskakuje mnie selektywność w jego pamiętaniu i moim. Dziękuję za ten tekst M. :)

  • S.

    Parę razy dostałem pasem po tyłku zarówno od ojca jak i od matki ale nigdy nic ponad to.
    Rodzice alkohol jak już pili to zawsze z kulturą. Przemocy w domu nigdy nie było.

    Nie dziwię się osobom które mają wspomniane w tekście i komentarzach doświadczenia, że nie chcą mieć kontaktu z takimi rodzicami. Na ich miejscu też bym nie chciał.

    Jednakże, jestem przeciwny ocenianiu i wypominaniu komuś jakim był/jest rodzicem.
    Patrzmy na swoje czyny i bądźmy dla swoich dzieci takimi rodzicami jakich sami byśmy chcieli mieć gdy byliśmy dziećmi.

  • Statler

    Wielu Nas.

  • Dunya Galan

    Dzieciom się wybacza. Dzieci nie wybaczają.

  • http://riot-fm.blogspot.com/ Natonator

    Nie wiem co to „dzień ojca”. nie wiem co to „tata” nie wiem po prostu nie wiem. Ale jakiś odłam pamięci mi mówi, że kiedyś, baaaaaardzo dawno temu, przez krótką chwilę, to miałam. A potem przyszedł potwór i mi to zabrał i to zniknęło, a teraz mieszkam z tym potworem już tyle lat i wiem jedno na pewno: prędzej mu się odpłacę tym samym niż mu wybaczę.

  • http://www.madziof.pl/ Madziof

    Masz racje to nie jest takie łatwe… U mnie dodatkowo pojawił się nacisk na wybaczenie i modlenie się o jego duszę po śmierci. Zapił się na śmierć. Nie wiem czy to dobrze zabrzmi… ale ulżyło mi wtedy…

  • Anka

    powiem tak miałam to samo i czułam to samo…tyle że do mamy i taty..
    co roku postanawiałam nie dzwonię …tak było mi lepiej, bo łatwiej jest przemilczeć i odseparować się, uciec.
    20.10.2013 widziałam jak mama dzwoni do mnie kilka razy…nie odbierałam, nie chciałam słuchać pijackich wywodów o tym że mnie kochają, że tęsknią i że nie widzieli mnie długo…
    nie odebrałam też wielu telefonów od ojca tego dnia.
    ok 20:00 zadzwoniła Babcia …mama umarła
    do końca życia będę sobie za to pluć w brodę, do końca życia będę się zastanawiać jak by to było ją jeszcze raz usłyszeć
    dopiero po śmierci mamy zrozumiałam, że nie walczyłam … nie walczyłam o jej życie tak jak ona o moje gdy miałam ospę, nie tłumaczyłam jej cały czas tak jak ona mi, że papierosy są nie zdrowe JA NIE WALCZYŁAM
    alkoholizm to choroba, która jest gorsza od wszystkich innych chorób bo nie wyniszcza nas tylko fizycznie, przez nią każdy odchodzi od chorego, który de facto nie wie co się z nim dzieje…
    Dlatego tego roku jak i poprzedniego zadzwoniłam do Ojca, ucieszył się, a co najważniejsze nie pije już prawie wcale. Nie chcę się od niego odwracać będę o niego walczyć, bo on wiele razy walczył o mnie SWOJE DZIECKO
    I wiem doskonale, że wiele z was powie, że rodzic nie powinien wyzywać bić…ale on jest moim Ojcem dzięki niemu jestem taka jaka jestem i mam masę niefajnych wspomnień ale w życiu ludziom trzeba przebaczać, a nie gorzknieć od środka

    • Anna Kucharczyk

      Alkoholizm to nie jest choroba, a jedynie brak silnej woli, chociaż wiem, że jest zakwalifikowana jako taka. To, że komuś nie spełniły się ambicje i chce swoje frustracje odbijać na bezbronnych jest zwykłym skurwysyństwem a nie chorobą.

  • Daniel Chrzciciel

    Jak czytam ten wpis i historie z komentarzy to aż się cieszę, że nie mogę mieć dzieci. Bo gdyby była we mnie jakaś jedna pięćdziesiąta takiego człowieka to cieszę, się, że nigdy ona ze mnie nie wyjdzie.

    Do wszystkich osób, które przeżyły/przeżywają to lub coś podobnego – mam nadzieję, że jakoś się trzymacie :). I że będziecie się trzymać lepiej niż jakoś :). I… no. Wszystkiego dobrego.

    Swojemu ojcu złożyłem życzenia i chyba zaraz pojadę do niego ze zgrzewką piwa. Jak czytam to wszystko to nie wiem jak mogłem być tak długo wściekły o to, że jeden jedyny raz, pod wpływem emocji wywalił mnie z domu.

    Kurwa, smutno :(

  • Slo

    Moi rodzice rozwiedli się kiedy miałam 5 lat. Zostałyśmy z tatą a mama szybko założyła nową rodzinę. Nam (mi i siostrze) pozostał z nią kontakt weekendowy. W zasadzie ciężko to nazywać kontaktem, przyjeżdżałyśmy do niej i w zasadzie kończyło się na spędzeniu u niej weekendu bo o żadnym „spędzaniu czasu razem” nie było mowy. Zawsze czułam większą miłość i więź z ojcem niż do nią. W wieku mniej więcej 13 lat zaczęłam zauważać że kontakt z mamą mi nie służy. Każda rozmowa była płytka i na odczepnego. Kiedy miałam 18 lat (spotkania z mamą już wtedy ograniczały się do jednego w miesiącu) dowiedziałam sie że od taty prawdy: mama powiedziała mu że jest ze mną w ciąży dużo wcześniej niż faktycznie była. Kiedy upłynęło 9 miesięcy ja się ciągle nie pojawiałam . Aż do pewnego dnia kiedy tata dowiedział się ze został ojcem, z tym że jego córka waży 1200g, ma odporność muszki owocówki i w zasadzie od momentu jej poczęcia nie minęło 9 miesięcy tylko 6. Mama wymusiła poród bo zaczęło się coraz więcej pytań dlaczego jeszcze nie wychodzę na świat. Nim zebrałam się do przepracowania tego problemu, doszło pożyczenie jej pierwszych zarobionych pieniędzy jakie odkładałam na studia. Jak się okazało na wieczne nieoddanie. Studia rozpoczęłam więc rok później. Nie zadzwoniła od tego czasu ani razu. Mineło 8 lat. Ani jednych życzeń urodzinowych, próby odnowienia kontaktu, pytania ” jak się masz?”. Chodziłam na psychoterapie i chociaż nie zgłosiłam się do specjalisty z tym problemem, okazało sie że jest on głównym do przepracowania. Próbowałam- nie udało się. Uświadomiono mi że osoba tak dysfunkcyjna jak ona, ciągnie za sobą w dół a nie wspina się do góry. Wiem że nie będzie jej nie moim ślubie, nie pozna mojego męża ani wnuków. Jedyne co potrafiłam wypracować to myślenie o niej bez emocji, a nie z żalem i ciągłym pytaniem „jak tak można?”. No i jeszcze jeden plus- dzięki tej sytuacji mam pełną świadomość że mam najlepszego tatę na świecie.

  • Tsu

    U mnie jest pod T. i to pewnie ta ogromna różnica.

  • http://www.bizuterka.pl Magdalena

    Raźniej mi, bo nie jestem wyjątkiem. Nie umiem wybaczyć i przejść do porządku dziennego. Nie umiem rozmawiać.

  • SyntErr

    Mogę sobie wyobrazić, że moi rodzice siedzą gdzieś na polanie, przy ognisku… Fajnie, bo pamiętam ich nie raz, kiedy się kochali, kiedy było fajnie. Wiem że to nigdy nie byli źli ludzie, bo nie ma ludzi złych, są tylko zagubieni, nieświadomi.
    Czuję, jak wielu z nas, jak bardzo rodzice się mylili, popełniali błędy. Wielu poniżej pisze o alkoholizmie, o takim czy innym uwikłaniu, agresji…
    Co my możemy zrobić? Rozmawiać z sobą jako pary w tych relacjach jakie tworzymy.
    Ale wciąż wolimy niedopowiedzenia i iluzje. Nadal funkcjonuje w nas strach, nie chcemy o tym mówić, bo przecież to obciachowe, powiedzieć na pierwszej randce w czym się wychowywaliśmy.
    Tymczasem to błąd. Bo tylko nieświadomy człowiek idealizuje swoich rodziców. Nieświadomy człowiek kreśli siebie jako idealną i przystosowaną osobę. A miłość jest empatią i zrozumieniem.
    Oczywiście to nasza praca wewnętrzna by nie obciążać kogoś tym co przeżyliśmy, ale jednocześnie praca, by otwarcie o tym powiedzieć. Bo kiedy umiemy powiedzieć, te wszystkie gierki przestają funkcjonować. Jeśli kochamy prawdziwie, wtedy stać nas na dialog, od samego początku. I paradoksalnie to właśnie wtedy, zaczynamy być prawdziwymi ludźmi, dbamy o tę drugą osobę, ufamy, kochamy.
    Ale kiedy udajemy że wszystko było OK. Tworzymy zawsze fałszywy obraz. A przecież to właśnie te sprawy wpływają na nasze związki, żadne inne.
    Im mniej świadomości tego, tym większe prawdopodobieństwo że nam się nie uda.
    Ale tak często chcemy, by pojawił się ten ktoś, kto swoją krytyką i postawą, poruszy, wznieci motylki w brzuchu… Tylko że dojrzała kobieta, jeśli myśli o budowaniu prawdziwej relacji, powinna jasno powiedzieć przez co przeszła. Jeśli facet nie umie się do tego odnieść, podzielić własnymi przeżyciami i emocjonalnością, to nie jest prawdziwy facet, ale oszust i manipulant.

    Więc skoro mieliśmy popierdolonych rodziców i jesteśmy tego świadomi, wiemy że to nas kształtowało, to właśnie o tym powinniśmy umieć rozmawiać.
    Ale nie… mądrość ludowa głosi, że należy to ukrywać. A potem jest zdziwienie.
    Bo gdybyśmy powiedzieli sobie o tym w prost i się pokochali, to byłoby zbyt łatwe.
    „Muszę się zakochać”, żeby mój książę z bajki nigdy nie domyślał się przez co przeszłam. Ale żeby umiał zgadywać. A potem się okazuje, że tu nie ma co zgadywać, po prostu albo jesteś świadoma siebie albo nie. A jeśli jesteś, to umiesz rozmawiać, a nie grasz.

    Żeby był przystojny, bogaty i miał to coś… No kurwa, nasze matki też tak pewnie myślały. I co? Kim teraz jesteśmy? Neurotycznym pokoleniem X Y Z…. Już w tym się pogubiłem.

    Bo on pokazał siebie, nuda…
    „wiesz, chciałbym żebyśmy rozmawiali, mówili o tym co jest w nas”… Hahahaha nie spotkam się z tobą nigdy więcej, to jakiś nieudany podryw. Nie pisz więcej.

    No to spierdalaj!

    Zawsze kiedy muszę to napisać, krwawi mi serce, ale muszę, bo inaczej nie umiem sobie z tym radzić. Może jestem facetem wtedy takim zakompleksionym, tak odbierają mnie kobiety, może mają rację. Ale ja wiem co czuję. Po prostu spierdalaj! Nie chciałem Cię podrywać, chciałem zobaczyć w Tobie kobietę.

    „Hahaha… daremny podryw” Albo: „Pokaż mi że masz mnie w dupie, że ci nie zależy, że się nie zaangażowałeś”.

    No tak głupia dziwko, spierdalaj!

    Zależało mi szczerze, ale skoro stawiasz sprawy w ten sposób, to wypierdalaj!
    Bo już kurwa nie wytrzymam tej hipokryzji!

    Moderujesz to Malvina?

    Kocham kobiety, zawsze kochałem, ale kurwa nie rozumiem, nie mieści mi się w głowie to jakie decyzje one podejmują.

    Najpierw są młode i nie chcą się w nic angażować. Potem myślą że osiągnęły tak wiele zawodowo, że byle pyrtek ich nie zadowoli, potem się starzeją i tęsknią za dawnymi relacjami, a potem to już jest chaos….

    Potem to nawet jeśli facet jest ze złota, to i tak jest ta potrzeba, żeby ktoś obrzucił was gównem, bo inaczej nie czujecie że żyjecie. Że uczucia tej osoby mogą być prawdziwe.

    A to wszystko wywodzi się z domu.

  • biebrzainfo

    Jakoś wszyscy dużo piszą.

  • Marlowh

    Piszę już jakiś czas po opublikowaniu wpisu na bloga. Współczuję wszystkim tym, którzy nie cieszą się na dzień ojca. Nie powiem, że rozumiem, bo nie rozumiem, nie mam pojęcia jak to jest mieć tatę, który pojawia się w komentarzach poniżej. Natomiast pośród wszystkich ponurych, intymnych i osobistych wpisów, też chciałabym dodać coś od siebie. Nie chcę narzekać, raczej pokazać, że jest wiele fantastycznych ojców na tym świecie i podziękować mojemu. Za to, że nauczył mnie wszystkiego kiedy byłam dzieckiem – jazdy na rowerze, rolkach, nartach, pływania, czytania, liczenia. Za to, że bawił się ze mną lego, budował zamki z klocków, a jak trzeba było to siedział i pił z moimi lalkami popołudniową herbatkę. Za to, że zawsze był obok mnie, nigdy mnie nie zawiódł, chodził ze mną po wszystkich lekarzach, szkołach i jakichkolwiek innych instytucjach. Za to, że nauczył się pleść warkocze i robić koka. Za wszystkie fantastyczne rzeczy które mi przekazał, za to, że ukształtował we mnie niezmierzone pokłady pewności siebie i własnego zdania. Za wódkę przemycaną przed mamą w dniu mojej 18stki, za koncert hard rockowe, na których skakaliśmy spoceni pod sceną, za każde wakacje, za naukę nurkowania, za to że zabrał mnie w mnóstwo cudownych miejsc na ziemi, uczył mnie historii, kultury, akceptacji innych, tolerancji. Za to, że zawsze stawał po mojej stronie, nauczył mnie jak dziękować i przepraszać. Za to, że zawsze stawia moją mamę za wzór kobiety, za to, że po 30 latach małżeństwa codziennie jej mówi, że ją kocha i że jest piękna. Tak, mój tata jest moim super bohaterem, człowiekiem, którego podziwiam, kocham i szanuję. Mam nadzieję, że mój obecny partner będzie równie dobrym ojcem dla naszego dziecka, tak jak mój tata był dla mnie.

  • Anna Kucharczyk

    Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Ja niestety też pamiętam wstyd przed znajomymi, na szczęście przyjaciele rozumieli sytuację. Mogę nawet pozazdrościć tym z Was, których Ojciec opuścił, a nie został śmierdzący i pijany. Dzięki temu nauczyłam się bardzo szybko czytać ( ucieczka w inny świat), odpłacać za nadobne (potrafię latami czekać z zemstą), nieufności (potrzebna w interesach), itp.