NAĆPANI

Pod nami mieszka para. Młoda, 25-26 lat na sztukę. Co najmniej trzy razy w tygodniu mam ochotę wziąć patelnię, zejść piętro niżej i obojgu solidnie jebnąć w czerep. Oczywiście tego nie robię, nie uznaję przemocy, poza tym szkoda patelni, ale moc negatywnych uczuć, jakie budzą się we mnie za każdym razem, kiedy ich słyszę, bywa przytłaczająca.

I nie chodzi tu o wątpliwej jakości muzykę, jaką młodej parze zdarza się zapodać w piątek wieczorem.

Nie chodzi też o trzeszczenie łóżka przeplatane lakonicznym komunikatem o treści „dochodzę!”.

Nie chodzi nawet o imprezy, w trakcie których rozbrzmiewają legijne przyśpiewki z dużą liczbą niecenzuralnych słów. 

Bynajmniej.

To, co w tych młodych ludziach mierzi mnie najbardziej to fakt, że siebie nawzajem nie szanują. Skąd to wiem? Bo mamy w bloku cienkie ściany, a ich salon mieści się dokładnie pod naszą sypialnią. Czy tego chcę, czy nie (a uwierzcie, że nie chcę) słyszę, jak na siebie krzyczą. W jaki sposób się do siebie zwracają. Po jakie epitety zdarza im się sięgnąć, żeby drugą osobę obrazić albo zranić. Słyszę trzaskanie drzwiami, wrzask przechodzący w rozpaczliwy pisk, zarzuty, wyzwiska oraz polecenie „-dalaj” w różnych konfiguracjach. Spierdalaj, wypierdalaj, się nie dopierdalaj… i tak dalej.

 

ĆPUNY

 

Słyszę ich, a oczami wyobraźni widzę swoje związki sprzed kilku lat. Toksyczne, rozwrzeszczane, pełne spektakularnych uniesień i jeszcze bardziej widowiskowych upadków. Związki, gdzie miłość zawsze szła w parze z nienawiścią, a przejście od stanu euforii do totalnej rozsypki zajmowało niekiedy kilka sekund.

Mówcie sobie co chcecie, ale to nie są normalne relacje. A przede wszystkim, to nie są relacje dojrzałe. Bo w dojrzałym związku, jest miejsce na ogień, namiętność i miłość, ale nie ma miejsca na krzyki, awantury i niewybredne epitety. Konfliktów nie rozwiązuje się za pomocą emocjonalnego szantażu, gróźb i „chodzenia na układy”. Robi się to, rozmawiając, komunikując swoje potrzeby i oczekiwania, słuchając partnera i próbując na spokojnie, wspólnymi siłami znaleźć rozwiązanie. Niby to wiemy, prawda? A jak często o tym zapominamy?

Musiałam rozpieprzyć w drobny mak  dwie wieloletnie relacje, następnie zostać sama na jakiś czas, a na końcu poznać M., żeby w końcu dotarło, o co chodzi w byciu z drugim człowiekiem. Nie wyzywamy się, nie krzyczymy, nie obrażamy. Rozmawiamy, dajemy sobie czas na przemyślenie spraw, przytulamy się. Jest spokojnie. Jest normalnie. Oczywiście, na początku brakowało mi rzucania talerzami, trzaskania drzwiami i wszystkich tych rozpaczliwych scen pełnych napięcia i dramaturgii. Bo do tego przywykłam, bo w takim domu się wychowałam, bo taki wzorzec wyniosłam i do 30 roku życia sama wchodziłam właśnie w takie związki. Związki, które się ćpa, od których nie da się uwolnić i które niszczą. Całe szczęście w porę dotarło, że to strasznie pojebane jest. I że coś z tym jednak trzeba zrobić.

 

GŁOWA

 

Nawet, jeśli młodzi spod dziesiątki zakończą swoje tango, i tak wpakują się w kolejną toksynę, bo po prostu mają do tego predyspozycje. Dopóki nie będą chcieli zmienić czegoś w sobie samych, dopóty będą wchodzić w relacje, które ciągną na dno. Tak działa mechanizm uzależnienia. A od toksycznych związków można uzależnić się równie mocno, co od ćpania. I tak, jak w przypadku ćpania, zmiana musi zadziać się w głowie nałogowca. To on musi mieć dość, musi być zmęczony swoim dotychczasowym życiem, musi chcieć coś zmienić z pełną świadomością, że ta zmiana powinna zacząć się od niego samego.

Ciężki to proces, uwierzcie mi. Często wymaga konsultacji, kilku(dziesięciu) wizyt u psychologa, ogromnej determinacji i wysiłku, bo niełatwo jest wyzbyć się schematów pielęgnowanych latami. Ale warto. Dla samej świadomości, że pracujesz na jakość swojego życia, na to, żeby z drugim człowiekiem stworzyć szczęśliwy, solidny związek. Taki, który nie rozpieprzy się na pierwszym zakręcie.

 

ŚCIANA

 

Ostatnio na facebooku ktoś ze znajomych udostępnił zdjęcie ściany. A na tej ścianie był napis.

W tym domu jesteśmy szczerzy. Mówimy przepraszam. Popełniamy błędy. Wybaczamy. Dajemy drugą szansę. Jesteśmy cierpliwi. Lubimy się bawić. Tworzymy wspomnienia. Kochamy.

Przeczytałam to i pomyślałam, że właściciele ściany muszą być bardzo szczęśliwymi ludźmi. I że jeśli kiedyś założę rodzinę, to chciałabym stworzyć taki właśnie dom. Ciepły, otwarty, pełen miłości, radości, empatii i zrozumienia dla drugiego człowieka. Bo w końcu jesteśmy ludźmi.

Tak więc szanujmy się.

0 Like

Share This Story

Damsko-męskie
  • Dokładnie!

  • Dokładnie!

  • Marta

    W punkt!

  • Dobrze, że piszesz o toksycznych związkach, bo to problem niestety częstszy niż moglibyśmy przypuszczać. Ciekawe co sprawia, że jedni mimo wychowania, które sprzyja budowaniu skrajnych emocjonalnie związków, potrafią powiedzieć „dość” i tworzyć relację trwałą, spokojną, pełną szacunku, a inni tego nie potrafią. Gdzie jest ta subtelna różnica, która sprawia, że w jednym domu na ścianie wisi napis „Kochamy”, a w drugim powietrze jest takie ciężkie, że fruwające talerze się dobrze nie tłuką.

  • Aya

    Niestety czytając ten tekst, myślę o swoim związku, który na szczęście zakończyłam w kwietniu. Trwał ponad 6 lat, a zaczął się, kiedy miałam 16. Chłopak miał na tyle silny charakter, że zostałam zdominowana, a potem chyba rzeczywiście się uzależniłam. Wiedziałam, że nie była to dobra relacja (kłótnie, zazdrość, brak szacunku, brak wsparcia itd.), co zdecydowanie potwierdzali najbliżsi, ale byłam zakochana i kropka. W międzyczasie były rozstania, ale zawsze wracaliśmy do siebie. Nawet po jednym dłuższym rozstaniu, w czasie którego byłam z kimś innym, wróciłam. Było lepiej, ale wciąż nie tak, jak być powinno. Na szczęście zaczęło do mnie docierać, że nie chcę żyć w ten sposób. Zdałam sobie sprawę, że nie ma między nami rzeczywiście bliskiej relacji. Aktualnie od pół roku nie jestem z tym człowiekiem i widzę, jak dobra była to decyzja. Odżyłam. Wciąż jest wiele rzeczy, które muszę w sobie „zreperować”, bo opisany związek bardzo nabruździł w tym, jak postrzegam siebie i jak siebie traktuję. Bardzo żałuję, że pozwoliłam komuś mnie tak zmienić i tyle namieszać, ale wierzę, że wyciągnęłam z tego lekcję. Nie mam nikogo nowego, ale wiem, jakich facetów omijać szerokim łukiem.
    Mnie się (chyba) udało, mojej przyjaciółce też (razem cieszymy się tym oświeceniem i mądrą decyzją, żeby naszych ex wypieprzyć za drzwi :p), ale jest jedna znajoma, która tkwi w takim toksycznym związku. Nie mam z nią stałego kontaktu, ale bardzo chciałabym jej szczęścia. Niestety, pewnie tak jak w moim przypadku, może ją uratować tylko przebłysk rozsądku i szacunku do siebie. Mam nadzieję, że i jej się w końcu uda…

  • Nataszka

    czytam z przyjemnością Twoje wpisy bo w sumie równa z Ciebie laska, taka
    Warszaffka trochę ( karierowiczka ? ) mimo to do przyjęcia no ale że
    jesteśmy prawie w jednym wieku i z dużych miast ( Wrocław wita)
    utożsamiam się z Tobą mimo wszystko. Po raz drugi poruszyłaś kwestię
    toksycznych związków i tego jak idąc na kompromisy udało Ci się stworzyć
    ” normalny” aż do znudzenia związek. Hmmm….i ze według Ciebie oto
    jest miłość i szczęście a każdy kto nie idzie tą drogą tkwi w bagnie…
    Ja właśnie tkwiłam w takim ” bagnie” i porywałam się od jednego
    patologicznego związku do drugiego z kilkoma klinami w między czasie.
    Bardzo wyczerpujące psychicznie procesy. Chciałabym przestać i skłonić
    się ku spokojnemu facetowi ,ale jak ??? jak Tobie się to udało ?? Serio
    można zamienić euforie, kłótnie a potem wspaniałe godzenie się na ciepłe
    kluchy i papcie ? :/ Mnie to przerosło , nudzą mnie normalni faceci na ”
    szalonych ” nie mam już siły….więc jestem sama i z dwojga złego tak 
    mi najlepiej. Trudno jest porywczym charakterom się uspokoić. Ja tą
    parkę doskonale rozumiem ,ale nie piszę się już na takie coś…po co
    drenować swoją psychikę.

    • Ciepłe kluchy i papcie? Nie, kochana, to nie tak. Jest spokojnie, bywa wariacko, ale zawsze w granicach normy. No i na pewno nie jest nudno, bo dbamy o to, by tak nie było.

      Chyba trzeba po prostu wiedzieć, czego się chce. A przynajmniej czego się nie chce.

      • Nataszka

        na razie „odżywam ” po ostatniej relacji… gdzie mój były partner zostawił mnie wracając do kobiety z którą ma dziecko ( oczywiście każdy przewidział ten scenariusz za wyjątkiem mnie) …Nie jest to niestety takie proste. Myślałam już nawet o jakiejś terapii,żeby znowu zacząć szanować siebie. Nie wiem dlaczego tak właśnie mam, nie pochodzę z patologicznej rodziny ( ? )…chciałabym dojść do takiego etapu jak Ty ,ale wiem że jeszcze nie teraz bo że znowu wybiorę źle. Równowaga to podstawa jak właśnie piszesz.

        • Terapia to dobry pomysł.

        • Terapia terapią – dobra sprawa. Ale może odetnij się od tych silnych charakterów i skup się na sobie? Wyjazd? Kurs? Coś dla siebie. Zadbaj o swoją siłę. A wtedy się rozejrzyj i nie każdy twardy typ będzie taki atrakcyjny. Szkoda zdrowia.

          • Nataszka

            no właśnie jestem na tym epapie..podróże,które zawsze kochałam kursy , nauka języka , którego zawsze chciałam się nauczyć zmiana ch… pracy na mniej ch… itp , jestem szczęśliwsza zdecydowanie niż w koślawym niby związku mimo to jest to nie ukrywajmy mała ucieczka ponieważ w natłoku zajęć odpuszczam poznawanie drugiej osoby… bardziej trzeba skupić się na pokochaniu siebie pomijając inwestycje w swój tyłek a tego nie potrafię

      • Aneczka

        „Chyba trzeba po prostu wiedzieć, czego się chce. A przynajmniej czego się nie chce.” +1

  • tylko ludźmi i aż ludźmi :)

  • m0gart

    Świetny i bardzo potrzebny tekst, podobnie jak ten wcześniejszy o toksynach, bodajże z tamtego roku. Mam nadzieję, że po przeczytaniu go choć garstka ludzi spostrzeże, że tkwi w szambie i poszuka drogi wyjścia. Ale to cholernie trudne.
    Malvina – doskonale porównałaś takie relacje do nałogu. Bo to prawda, człowiek się uzależnia od toksycznych związków, od tej drugiej osoby, która raz mówi, że kocha, a po chwili gardzi. Najczęściej predyspozycje do wiązania się z takimi ludźmi nabywamy jeszcze w dzieciństwie, nawet sobie tego nie uświadamiając, a potem przez kilkanaście czy więcej lat idziemy przez życie z takim bagażem. Wyjście z nałogu wymaga ogromnej pracy, bo nie zmieni się w ciągu kilku tygodni czy miesięcy schematów swoich własnych zachowań, które stosowaliśmy przez lata całe. Jeśli Tobie, Malv, udało się to zrobić bez terapii, to jestem pełen autentycznego podziwu dla Twojej siły, refleksyjności i umiejętności wyciągania konstruktywnych wniosków.

    Będę wracał do tego tekstu.
    Podobnie jak wracam do ubiegłorocznego.
    Żeby nie zapomnieć, że opisane zachowania to nie norma, tylko patologia.

    • Dzięki.

      U mnie to nie do końca bez terapii. Bardzo pomógł mi przyjaciel, psycholog. Co prawda nie mógł mnie „prowadzić”, bo się znamy, ale otworzył mi oczy na tak wiele kwestii, że o ja pierdolę ;) Po spotkaniach z nim wracałam do domu kompletnie rozbita i myślałam. Myślałam, kombinowałam, analizowałam… To mi bardzo dużo dało. A terapię właśnie zaczynam. Bo jest jeszcze sporo do zrobienia :)

      • m0gart

        Już nie mogę się doczekać tekstów, które będziesz pisać w trakcie terapii. Serio. Bo tam wyłażą doświadczenia i uwarunkowania takie, których nigdy byśmy nie podejrzewali, że mogą mieć na nas wpływ. I może chociaż do części społeczeństwa dotrze, że na terapię chodzą nie chorzy psychicznie, ale tacy, którzy po prostu chcą mieć normalne życie :)

  • Czytałam kiedyś dawno temu Ericha Fromma, i pamiętam że trafił mnie mocno taki tekst, że związek nie rozwiąże naszych problemów. Niby truizm, ale dla nastolatki singielki marzącej o uczuciu to było jak obuchem w głowę. Wydawało mi się, że jak już będę z odpowiednim facetem, to wszystko inne się ułoży, że już będzie wielki „happy end”. Tymczasem Fromm pisał o tym, że najpierw musimy poradzić sobie sami ze sobą. Że emocjonalne ofiary nic nie zbudują razem, a jeśli nawet to zawsze będzie to relacja oparta na poczuciu krzywdy/winy, a czasem obu tych uczuć na zmianę. I dopiero dwie poukładane osoby, znające swoją wartość, umiejące żyć same ze sobą, mogą tak naprawdę wspónie stworzyć coś wartościowego. No i mniej więcej to samo dzisiaj przekazujesz tym tekstem. Fajny wpis.

    • m0gart

      Związek to nie rozwiązanie problemów, ale początek wielu nowych, o których jako single nie mieliśmy zielonego pojęcia ;)

    • Fromm też pisał, że trzeba najpierw polubić siebie. I szanować siebie. Nie pamiętam, czy dosłownie czy między wierszami, ale „O sztuce miłości”, mimo że czasami brzmi naiwnie, jest genialną lekturą, i rozpracowuje echanizm miłości na czynniki pierwsze. Też czytałam, i polecam :)

  • Bardzo mądry tekst. Przerobiłam wiele toksycznych relacji i naprawdę nie mam już ochoty na więcej, ale do tego chyba naprawdę trzeba dojrzeć. No a ten cytat ze ściany bardzo inspirujący, w pewien sposób pojaśnił mi w głowie bo dumam nad pewną swoją relacją koleżeńską i ciągle się zastanawiam, czy to ja zrobiłam źle, czy zostałam źle potraktowana ale teraz chyba powoli składa się do kupy.

  • Agata Filewicz

    Bardzo bliskie mi są Twoje słowa i przemyślenia. Ja roztrzaskałam jedną relację, która zalała moje życie całym morzem toksyn. Później jakoś pozbierałam się do kupy, popełniłam masę głupot i błędów młodości [to jeden z najlepszych skutków ubocznych pozbycia się tamtej relacji], stanęłam na nogi, jakoś zrównoważyłam umysł i założyłam rodzinę. I rzeczywiście kosztowało mnie to potwornie dużo, ale udało się :)

  • Kej

    Ja się zastanawiam czemu w ogóle ludzie (a szczególnie dziewczyny) takich relacji pragną.

    W tym roku poznałem dziewczynę (byłem po rozstaniu), z która właśnie miałem taką zrównoważoną relację, dużo chemii, porozumienia i ten spókój, wsparcie, zero gierek i dramatów. Zaiskrzyło od pierwszego wejrzenia. Po dość szybkim czasie ona powiedziała, że to nie to, ale na spontanie wychodziło, że i tak się później spotykaliśmy i nie zawsze kończyło się koleżeńsko (chociaz taki status formalnie mieliśmy). Wiem tylko, że w myślach żyła swoim byłym z którym była 3 lata i chyba nadal nim żyję (jak na ironię właśnie Volant opublikował tekst o wracaniu do byłych przed chwilą). Poświeciła dla niego wszystko, a on i tak pod koniec nawyzywał ją, rzucał krzesłami, zdradzał i zostawił dla wspólnej koleżanki z pracy. Wiem, że do dziś nim chyba zyję

    Ona teraz ma pracę mega interkatywną społecznie (klub/pub, barman), wiem, że spotykała się z kimś, nawet była przez miesiąc. Poznała też przyjaciółke z tzw. wyższych klas, która chyba jej „udostępnie” tzw. dobre partie. Tylko czuję, że ona w nich wylane. I zawsze jak się spotykamy jest takie ciepło, chęć bycia blisko ze sobą, zero dramy. Raz nawet spacerując po koleżeńsku i rozmawiając poczułem jakby coś mnie ciągnęło w jej strone, ona też i po prostu – zupełnie znikąd – wtuliliśmy się w siebie pod Pałacem Kultury i nie moglismy puścić przed dłuższy czas.

    I teraz dopiero sobie uświadomiłem, że czuję jakąś wyższą wieź z nią. Ona pewnie ma zbyt bogaty lifestyle (i dużo opcji wśród facetów) na takie rozkminy, ale zawsze jak sie widzimy (a jest to juz dość rzadkie) biję od niej takie ciepło i troska o mnie. No i zawsze łapie mnie pod rekę jak idziemy centrum Wawki. Oczywiście nie czekam na nią i randkuje z innymi. Ale ani to nie to, ani ja nie jestem gotowy na związek. Jestem obecnie nieogarnięty życiowo, wieć póki tego nie zajmę się życiem, nie mam co myśleć o związkach. Plus dla niej tez to był problem i choć nigdy mi tego nie wypominała, to zawsze wypytała o to moje „ogarnięcie”.

    I dlatego pytanie – czy to miałoby szanse reaktywacji. gdyby ona się wyszalała, a ja ogarnął życie? Inna kwestia, że czułbym się wtedy jak plan b (na co nie pozwala mi honor i ego), a jedyny Plan B jaki akceptuje to ten na Placu Zbawiciela. ;)

  • S.

    Jak można dać szczęście drugiemu człowiekowi gdy samemu jest się w głębi duszy nieszczęśliwym? Najpierw dobrze jest nauczyć się żyć ze samym sobą i wyzbyć się wszystkich swoich frustracji aby nie zarażać nimi innych. Pogodzić się z tym czego nie możemy w sobie zmienić i pracować nad tym co możemy poprawić. Uzależnianie swojego szczęścia od innych osób to tylko gra pozorów.

  • Karolina

    nasze wspomnienia i doświadczenia wyniesione z rodzinnego domu niestety determinują nasze poczynania w dorosłym życiu. Ja jestem dopiero a może aż na etapie uświadomienia sobie że zmiany mają zacząć się ode mnie nie od szantażu i wymuszania zmian w partnerze.

    • m0gart

      Świadomość problemu w sobie to duży krok we właściwym kierunku.

  • Ola Fibi Duda

    Jeśli ktoś wiecznie buduje takie związkowe „domy z piasku i mgły” to polecam zajrzeć do książek takich jak : „Toksyczne związki” i „Toksyczni rodzice” nie ma chyba bardziej dogłębnego opisu dlaczego wpadamy w chore relacje i jak wyjść z tego błędnego koła.

  • Monika

    Jakbym czytała o sobie, musiałam długo czekać na kogoś, z kim mogę dojść do porozumienia nie robiąc przy tym zadymy. Szacunek w związku to podstawa, miłość jest, potem przygasa, co pozostaje ? Szacunek, który tworzy siną więź, który nie pozwala nam się wzajemnie zniszczyć. Ale i ja się musiałam zmienić, bo nawykowo wszczynałam awantury. Mój obecny mąż, któremu jestem niezmiernie wdzięczna, nie tylko wyrwał mnie z toksycznego związku, ale też nie dał się wkręcić w te dymy. Trochę trwało, zanim się wyciszyłam i teraz spokojnie umiem rozwiązywać problemy. Warto się starać, bo moje życie jest teraz inne, lepsze, spokojniejsze, jest stabilność i miłość, o którą dbamy.

    • m0gart

      Dbaj o męża, bo to wyjątkowy człowiek jest. Trzeba mieć niesamowitą podbudowę, żeby przetrwać jazdy drugiej strony i nie dać się wciągnąć w emocjonalnego rollercoastera, a i kogoś z niego wyrwać.

  • To jest JEDYNA WŁAŚCIWA KOLEJNOŚĆ – najpierw porządkujemy burdel w sobie, a dopiero potem układamy sobie życie z drugą połówką. Nie odwrotnie. Jeśli nie potrafimy z samym sobą wytrzymać, jest niemal gwarantowane, że nie wytrzyma z nami nikt inny. W samym związku już będąc, biorąc pod uwagę błędy z przeszłości, trzeba sobie opracować nowy szablon postępowania, nową strategię, która pozwoli mu się rozwinąć, a nie okaże strategią porażki.

  • darka

    zaje…sty tekst. brawo

  • Czytelniczka

    Nie do końca zgodzę się ze stwierdzeniem, że zachowania wyniesione z domu wpływają na to, jak postępujemy jako dorośli ludzie. Jestem tego żywym przykładem. Niestety, w zupełnie inną stronę.
    Wychowałam się w domu pełnym ciepła i miłości. Bardzo kocham moich rodziców, a Tata jest dla mnie najważniejszy. Nawet ważniejszy od męża, jeśli można tak w ogóle stwierdzić. Rodzice są małżeństwem wzorowym, naprawdę. Są razem od trzydziestu lat, wciąż jest między nimi bliskość, chemia, rozmowa, szacunek, lojalność. To samo chcieli wpoić mi.
    A ja? Nie wiem skąd się urwałam, ale jestem kompletnie inna. Różni mężczyźni w moim życiu, dużo alkoholu, imprezy, których nawet nie pamiętam, wszystko to uwieńczone poważną nerwicą. Bo jak mogłam tak zawieść ich – ludzi, których tak kocham? Jak mogłam wyrosnąć na kogoś takiego? Ja, dziewczyna, której kontaktów z Ojcem naprawdę można pozazdrościć, powinnam mieć go za wzór.

    A swego czasu zachowywałam się nadzwyczaj żałośnie. Do tej pory nie wiem czym to było uwarunkowane, najprawdopodobniej zaniżonym poczuciem własnej wartości, do którego, za młodu, doprowadzili rówieśnicy. Rozpaczliwie pragnęłam zerwać z wizerunkiem ofiary losu. Zerwałam, przeginając w drugą stronę.
    Teraz jestem żoną dobrego, czułego człowieka. Ale parę lat temu nasz związek również był tak toksyczny, jak opisujesz. Żadne z nas nie odeszło. Byliśmy od siebie uzależnieni, choć kłótniom nie było końca. Jednak… zawalczyliśmy i widzę, że nasza relacja jest zdrowa. Jest rozmowa, ujawniane wzajemnych oczekiwań, jest troska. Szkoda, że tak bardzo musieliśmy siebie nawzajem ‚pokiereszować, żeby zrozumieć rangę tego związku.
    Psychika ludzka to potwór, naprawdę.

    Tekst mocny i prawdziwy, jak zwykle zresztą.
    Pozdrawiam.

  • Też mi na początku brakowało przysłowiowego rzucania talerzami. Ale teraz, po prawie 5 latach doceniam, że wracam z uczelni o 22 a w domu jest cisza. Zmywarka szumi, pranie się suszy a ciepła herbata na mnie czeka, albo już się robi. Mogę usiąść i zamiast powiedzieć „nie chce mi się Ciebie słuchać” powiedzieć „fuck, jak ja nie lubię poniedziałków, bo to czy tamto” i po prostu rozmawiać, albo oglądać film, słuchać muzy, poćwiczyć. Bez dramatów. Powiedzieć czasem „No stary, chyba Cię poje****”, ale z uśmiechem na ustach i w odniesieniu do jakiegoś idiotycznego pomysłu, a nie do tego, że po prostu jest. :D

  • Ostatnio od ok 55-letniej kobiety usłyszałem, że nie kocha męża, że od dawna jest z przyzwyczajenia. To było chyba najsmutniejsze, co w życiu usłyszałem. Z usta nastolatki, albo dziewuchy po 20-ce naprawdę brzmiałoby to inaczej… To tak a propos toksycznych związków…

  • Kokardka

    Piękny tekst, naprawdę. Sama w jakimś stopniu tkwię w lekko toksycznym związku. Ba! Małżeństwie. Ale walczymy, walczymy aby było spokojnie. Najważniejsza jest świadomość, że wiemy, że jest źle. Jesteśmy ze sobą 8 lat. Bardzo ciężkich 8 lat. Niestety mój mąż pochodzi z rodziny gdzie szacunek jest na poziomie 0. Nikt mi nie powie, że można być innym z charakteru niż rodzina. Przez 18 lat zdążył wsiąknąć. Potem pojawiłam się ja. Ta która szanuje, pomaga, kocha. Niestety jego toksyczność przeniosła się też na mnie. Dolewając do tego wszystkiego przez parę lat mieszkaliśmy u jego rodziny. Niestety. Potem nagle po wyprowadzce okazało się, że może być w domu cisza i spokój. Może być pięknie. Niestety czasami powraca wojna i rzucanie w siebie słowami okropnymi. Wiem, że trzeba zacząć od siebie. Mamy ciężkie charaktery ja przez niego znerwicowana on z toksyczną przeszłością – ale walczymy cały czas. Oby się udało.