Sześć kawałków na majówkę adekwatnych do stopnia upojenia

Dziś będzie krótko, acz na temat. Poniżej znajdziecie moją osobistą listę utworów, które musicie przesłuchać w ciągu zbliżających się wolnych dni. Wiecie, coś między trzecią kiełbasą z jednorazowego grilla, piątym kasztelanem z żabki, a pierwszym telefonem do najbliższej poradni AA. Gotowi?

 

#1. Dwa piwka

 

To nic, że wypłata przed majówką nie przyszła i stać cię tylko na Amarenę albo dwie Tatry. Bella Ćwir pokaże Ci, jak trzeba żyć. Swoją drogą, jak na „produkcję” nagrywaną tosterem i kręconą aparatem na zębach, to co robi ten przypadkowy artysta (więcej o Belli możecie przeczytać tu), jest naprawdę dobre.W sensie: chore, straszne, nie do słuchania ani tym bardziej oglądania, ale dobre. Piszę to bez krzty ironii, w której wręcz topi się Pani Ćwir. Milajkit, choć może być tak, że Wam i pół litra nie pomoże.

 

#2. Pół winka

 

No dobra, zaczęliśmy z grubej rury, teraz trochę spuszczamy z tonu, choć pozostajemy w sferze wysoce kulturalnej i niskoprocentowej. W sensie – wciąż jeszcze jest za wcześnie, żeby zrobić z siebie debila, więc popijacie wino z kieliszków jakby nigdy nic, gracie w Jengę, rozmawiacie o Kancie, podgryzacie koreczki i udajecie, że wcale nie macie ochoty opierdolić tej karkówki, która od trzech godzin marynuje się w kuchni. W tle leci Mieczysław Fogg, a Wy jesteście przyszłością narodu, solą tej ziemi i Magdą Gessler w ostatnim odcinku „Kuchennych Rewolucji”.

 

#3. Cztery Aperole

 

To jest ten moment, kiedy już przestajecie udawać, że jesteście tacy ąę, ściągacie swoje bluzy adidasa z czterema paskami, stawiacie na minimalizm (skarpety bez Kubotów) i puszczacie po cichu bąki stuprocentowo wyzwoleni spod presji społeczeństwa i systemu, radośnie podrygując na zielonej murawie w rytm Zyn zyn zynzyznyznzyzn. Tutaj chciałabym bardzo serdecznie podziękować mamie, wujkowi, fanom i Karolinie M. za otwarcie mojego szóstego oka, wprowadzenie mnie w świat Grzybów i Kazacha tłustego jak bit, który zaraz usłyszycie [sorry, musiałam].

 

#4. Zero siedem

 

No dobrze, pokazaliście swoją prawdziwą twarz, teraz czas na absolutną towarzyską kompromitację. Czas, żeby zadać sobie jedno ważne, ale to zajebiście ważne pytanie…
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Znacie Evrynajt?

 

#5. Tequila
(nieważne ile, zawsze kończy się tak samo)

 

Zamiast wysyłać sms-y do byłego, usiądź przy ognisku i kołysząc się w rytm wiatru, żegnając swoje ostatnie szare komórki tonące w etanolu, zaśpiewaj do starego dobrego Zenka wraz ze swoimi towarzyszami niedoli. Przeczyścicie kanaliki łzowe, ktoś pewnie ze wzruszenia puści pawia, i tak oto zamiast życiowego armageddonu będziesz mieć romantyczne zakończenie wieczoru.

 

#6. Alcazeltzer

 

Syndrom dnia następnego bywa ciężki, podobnie jak ciężkie jest życia bez zespołu Hey. Kultowa grupa może i zawiesiła działalność, ale Kaśka Nosowska ma się dobrze i poza tym, że w cudownie sarkastycznym stylu ciśnie bekę na swoim Instagramie, nagrała też nowy kawałek, tylko pozornie odbiegający od tego, co robiła do tej pory i doskonale wpasowujący się w to, co robi teraz. Nosowska zawsze była baczną obserwatorką niższej klasy wyższej oraz nastrojów społecznych panujących w naszym pięknym kraju, a od dłuższego czasu nie kryje się też ze swoim pociągiem do elektronicznych brzmień. Dlatego jej najnowszy utwór „Ja pas!” jest naturalną kontynuacją jej twórczej działalności, w której jest miejsce na dystans, ironię i eksperyment. Bo to, co za chwilę usłyszycie, to zwykły pastisz zrealizowany smacznie, dźwięcznie, z pierdolnięciem, no i w temacie, bo po majówce to my wszyscy pas. 

 

 

Oczywiście, cały tekst (poza punktem #7) jest dla beki, nikomu nie polecam wypijać w pojedynkę pół litra wódki, czterech Aperoli i nawet grama tequili (to zuo w czystej postaci). Wszystko z umiarem, byle nie muzyka!

 

#7. Taco Taco Burrito Burrito

 

A, zapomniałabym. Jeśli nie chcecie sobie zjebać kilku wolnych dni, nie włączajcie „Somy 0.5 mg” Taconafide, czyli chyba najbardziej wyczekiwanego krążka tego roku (przynajmniej przez wielbicieli hip-hopu, Taco Hemingwaya i Quebonafide). To po prostu zły album jest. Słabe bity, jeszcze słabszy poziom tekstów dla plus minus trzynastolatków marzących o szybkim hajsie i szybkim hajpie… Pretensjonalny, utkany z pustych frazesów i słabych metafor. Meh. Lepiej włączcie sobie ten odcinek „South Park” z J.Lo., która śpiewa o tacos, wyjdzie na to samo xD

 

 

0 Like

Share This Story

Style