Miss Anoreksja

Minęła mnie wczoraj, tuż przy metrze Słodowiec. Na oko 170 cm wzrostu, 35 kilo żywej wagi. Szła tak, jakby za chwilę miała upaść. Zamiast nóg – kości. Martwa twarz, choć podkład nałożony wzorowo, róż na policzkach – klasa. Włosy zafarbowane na matowy czarny, ładny. Szkoda, że połowę z tych włosów zostawiła za sobą. Na chodniku. W metrze. Na dywanie. W kiblu, razem z tym, co wyrzygała. Na łóżku swojego chłopaka, gdyby go miała, bo w końcu chłopcy nie umawiają się z anorektyczkami. Kiedyś mogła być nawet ładna.

Spotkałyśmy się wzrokiem. Powiedziałam niemo, że rozumiem, odpowiedziała uśmiechem. Dumnym. Ledwo utrzymując równowagę, trzęsącą się dłonią sięgając do torebki. Zastanawiałam się, czy jest świadoma tego, że już po niej.

 

Za każdym razem, kiedy widzę jedną z nich, uginają się pode mną kolana. Bo byłam tam. Jakieś siedem lat. Jedną czwartą swojego życia. Dopiero dziś, po pięciu latach od ostatniego nawrotu, jestem gotowa, żeby powiedzieć o anoreksji na głos. Nie chcę skandalu. Chcę, żeby ten tekst trafił tam, gdzie trafić powinien.

 

Początki bywają niewinne

 

Zawsze miałam chłopięcą sylwetkę. Małe cycki, wąskie biodra, zerowe wcięcie w talii. Wtedy jeszcze chodzenie na siłownię czy inny fitness nie było w modzie. Dziewczyny, żeby poprawić figurę, odchudzały się. Miałam 17 lat. Nie podobał mi się mój brzuch. Więc zaczęłam ograniczać jedzenie. Zaczęło się od kanapek wyrzucanych do szkolnego kosza na śmieci, skończyło na jednym jabłku dziennie. Tak. Potrafiłam chować obiad w foliowy worek i upychać go do kieszeni spodni. Wylewać zupę do kwiatka. Trzymać pod językiem jedzenie tak długo, aż mogłam je swobodnie wypluć. Kiedy miałam ochotę na czekoladę, wąchałam ją. Potem już sam zapach mnie odrzucał. Zjadłam coś ponad normę? Ćwiczyłam, dopóki nie padłam na podłogę. Z wycieńczenia, bo w końcu co miałam spalać?

Uczucie głodu dawało mi siłę. Czułam się lepsza od innych, bo potrafiłam nad głodem zapanować. Choć kolana wystawały tak mocno, że zetknięcie jednej nogi z drugą przynosiło ból. Ale ja widziałam tylko jedno: brzuch, który wciąż nie był wystarczająco płaski. 

W krytycznym momencie doszłam do 36 kilogramów. Byłam w stanie założyć na siebie dwie pary dżinsów i bokserki, a wciąż potrzebny był mi pasek. Regularnie trafiałam do szpitala z nieznośnym bólem brzucha.

– Co pani zjadła?
– Kromkę chleba z pomidorem.

Bo mama we mnie wmusiła, a nie zdążyłam wyrzygać. 

 

Samotność anorektyczki

 

Za każdym razem schemat był ten sam. Niepowodzenie w życiu, stres albo 2 kilogramy więcej. Nie bawiłam się w półśrodki – po prostu ograniczałam jedzenie do minimum. Bo ja wiem? 500 kcal dziennie?

Najpierw zatrzymywał mi się okres. Chwilę potem zaczynały wypadać włosy. Z czasem przychodziło osłabienie, niezdolność koncentracji. Rozdrażnienie, smutek, depresja. Niemoc.

Prosili, błagali, płakali. Próbowali rozmawiać, wysyłali do psychologa. Grozili pozwem sądowym i ubezwłasnowolnieniem. A potem się poddali. W końcu mogłam nie jeść i nikt nic nie mówił. Byłam najszczęśliwszą anorektyczką pod słońcem. Ludzie odchodzili – nie rozumieli, jak można siebie tak niszczyć. Tylko „Ana” zawsze była obok. Moja najlepsza przyjaciółka.

Nienawidziłam kurwy. Ale nie potrafiłam się od niej uwolnić.

 

Do ostatniej kropli

 

Patrzyłam w lustro i widziałam trupa: nogi jak patyki, zapadnięte policzki, wory pod oczami, przerzedzone włosy. I wielki brzuch. Zaczęło do mnie docierać, że nie tędy droga. Więc zapisałam się na siłownię.

Tak wiem. Świetny pomysł dla człowieka na skraju wyczerpania. Ale pomógł.

Pomiar masy ciała wskazał na skrajne niedożywienie. Dostałam rozpiskę treningową – 4 dni w tygodniu + dietę na 1350 kalorii. Dziś, przyjmując takie ilości pokarmu, byłabym w stanie jako tako funkcjonować, pod jednym warunkiem – zero sportu i jakiejkolwiek innej aktywności. Wtedy, przy treningach, były to dla mnie niewyobrażalne ilości. Jadłam mniej niż w rozpisce, ćwiczyłam więcej. Katowałam się 5-6 razy w tygodniu bardzo intensywnymi ćwiczeniami kardio. I chwała bogu, bo chyba tylko to mnie uratowało. W pewnym momencie organizm zaczął się buntować. Dieta tysiąc kalorii dziennie przestała wystarczać. Jadłam serek wiejski z kromką chlebka ryżowego i po dwóch godzinach byłam głodna, ale w zupełnie inny sposób niż do tej pory. Nie potrafiłam już tego głodu przetrzymać. Początkowo się opierałam, ale w końcu… zaczęłam jeść. Nieśmiało dodawałam kolejne porcje do swoich posiłków. Jadłam coraz więcej, a rezultaty były coraz lepsze. Zauważyłam, że wyrabiają mi się biodra. Brzuch był jakiś taki „węższy”. Nogi powoli przestawały być suche i mogłam już zakładać dwie pary dżinsów, ale bez bokserek. I bez paska. Po kilku miesiącach włosy znów nabrały blasku. Po pół roku wrócił okres. A potem zobaczyłam zdjęcia z wesela koleżanki. Zawyłam. 

 

Dostrzec problem

 

Po raz pierwszy od siedmiu lat zobaczyłam nie siebie, a przerażająco chudą dziewczynę, która w wieku 24 lat wygląda na niedorozwiniętą piętnastolatkę. Dotarło do mnie, że zmarnowałam siedem lat. Siedem lat na kurewską chorobę, która z człowieka robi wrak.

Anoreksja to choroba psychiczna. To dążenie do perfekcjonizmu. Pokrętny sposób na przejęcie kontroli nad swoim życiem. To lęk. I zaburzony obraz postrzegania własnej cielesności. To bardzo często choroba tych, od których wymaga się dużo. Nieleczona prowadzi prosto do grobu. Sęk w tym, że anorektyczka nie widzi potrzeby, żeby się leczyć. Dlatego zwykle proces wyniszczania organizmu trwa latami. Dopóki coś nie pęknie. 


Kto Ci pomoże?

 

Da się jeść i mieć świetną sylwetkę. Da się jeść i mieć kontrolę nad własnym życiem. Da się jeść i być silnym człowiekiem. Da się jeść i się tym jedzeniem cieszyć – bez wyrzutów sumienia. Wiem, co mówię. Pamiętaj, że bardzo długo byłam tam, gdzie dziś jesteś Ty.

Godzinami słuchałam próśb własnej matki. Pytań zaniepokojonego wychowawcy. Suchych stwierdzeń terapeuty. Ale to lustro wciąż wiedziało najlepiej. Znasz to, prawda? Ja wiem, że znasz.

I obie doskonale wiemy, że wciąż samą siebie okłamujesz.

Kto Ci pomoże? 
Nikt. To Ty musisz. Sama. Musisz poczuć choć cień potrzeby, żeby z tym skończyć. Wtedy krzycz po pomoc. 

Daj znać, jeśli będziesz chciała pogadać. 

A Wy – Wy, z boku, nie bądźcie obojętni. Reagujcie. Może to dzięki Wam w tej drugiej osobie coś pęknie i pozwoli raz na zawsze rozliczyć się z tym gównem, jakim jest anoreksja. 

0 Like

Share This Story

Ludzie
  • Wróciła moja Malvina która trzepie mną o podłogę.
    Oby Twoje wyznanie komuś na coś :*

  • Mnie w anoreksji zawsze zastanawiała jedna rzecz – skoro patrząc do lustra taka osoba widzi się grubą, to jak odbiera siebie na zdjęciach? Jak odebrałaby siebie na zdjęciu wiedząc, że to ona, a jak, gdyby zasłonić twarz i jej pokazać? Zawsze się zastanawiałam, czy takie pokazanie zdjęcia „obcej wychudzonej laski” to nie jest poniekąd sposób na uświadomienie takiej osobie, że ma problem.

    • Huehuehue

      Myślę, że to by nic nie dało. One są bardzo krytyczne nie tylko wobec siebie, ale i innych

      • to chyba nawet nie jest kwestia anorektyczek. generalnie część kobiet tak ma, że w oczach ludzi wyglądają normalnie a w swoich wyglądają za grubo. stąd diety, popadanie w skrajności. ja nawet nie muszę daleko sięgać. moja dziewczyna nie jest anorektyczką ale ma poczucie, że trochę Jej za dużo. aa to nie prawda. patrzy na zdjęcia i widzi same mankamenty. to kwestia kultury szczupłości, którą karmią nas media.

      • Dokładnie.

    • Anna

      Zdjęcia generalnie często pogrubiają, szczególnie, jak masz nietrafione ujęcie. Generalnie rzecz biorąc, osoba z zaburzeniami odżywiania może i zobaczy, że jakaś część ciała jest okay, ale przy tym znajdzie kilka innych, które nie są.
      Drugą kwestia jest to, że anorektyczki chudość znajdują atrakcyjną, wielu z nich mogą się więc podobać takie efekty na zdjęciach i nie widzą problemu.

  • Moja bardzo dobra koleżanka codziennie słyszy od rodziców, że wygląda jak szafa, choć wygląda zupełnie w porządku. Ciągle wszyscy wytykają jej, że jest niemożliwie gruba, choć jak na swój wzrost może mieć co najwyżej kilogram leciutkiej nadwagi, a możliwe, że nie mam jej wcale. Tylko ma taką mięsistą sylwetkę. Ciągle ma z tego powodu kompleksy, ciągle się martwi, że jest zbyt gruba i cały czas próbuje się na własną rękę ograniczać. Postawiłam sobie za cel budowanie w niej poczucia własnej wartości i zamykania ust tym, którzy śmią ją wyzywać. Tak sobie teraz myślę, że może to wcale nie jest takie bez sensu… Ode mnie masz przytulasa. Pozdrawiam!

    • Co to za rodzice? Co to za ludzie ją otaczają? Nienormalni, że tak dziewczynę męczą? Nie rozumiem tego.

      • Ja też nie :/. Ale większość moich koleżanek ma rodziców z ambicjami dotyczącymi posiadania dzieci idealnych. A najsmutniejsze jest to, że dziewczyna jest piękna.

        • Ala S

          jak to przeczytałam to jakoś lepiej mi się zrobiło, że nie tylko ja tak mam. ostatnio trochę przybrałam, jakieś 5-6 kg, nadal nosze rozmiar 36, do nadwagi mi jeszcze bardzo daleko. nie mówię że jestem dumna z oponki która wyhodowałam, ale słyszeć ciągle, że jest sie grubym, że się zapuściło, ciągłe pytania „a dlaczego ty to jesz”, „znowu jesz makaron” „co jadłaś? paste z fasoli, warzywa i wafle ryzowe. no te wafle to mogłaś sobie odpuścić” „jest 21, czemu ty jesz, po 18 się nic nie je”. robisz lazanię z bakłażanów, pomidorów i kaszy jaglanej i dostajesz opieprz, że po co ta kasza. na początku jednym uchem wpuszczasz a drugim wypuszczasz bo wiesz ze to takie tam pierdzielenie. no ale słyszysz to znowu, i po raz kolejny, i się zastanawiasz, a może faktycznie, aż w końcu dochodzisz do wniosku, że jesteś obrzydliwa. a ponieważ nie umiesz przeżyć doby na samych warzywach i owocach, objadasz się jeszcze bardziej.
          jak koleżanka ma możliwość, to najlepiej się odciąć od tego środowiska.

          • Katja

            Przeszłam przez takie coś w podstawówce… zmiana szkoły, fakt byłam okrąglejsza ale nie byłam gruba… ale nowi koledzy potrafili być bezlitośni, wyzywając od grubej berty itd itp i w wieku 13 lat wzięłam się 1 raz za odchudzanie … jadłam jak Ty po 600-700 kcal dziennie… skutkiem tego oczywiście było rozwalenie metabolizmu i całe życie zmagam się z nadwagą …. ale teraz się tym nie przejmuję i nie spotykam na swojej drodze takich ludzi jak wtedy, tylko, że to wtedy budowało się we mnie – dorastającym człowieku poczucie własnej wartości, które zostało brutalnie zdeptane … i bywa, ze to poczucie czasem wraca…

  • Magda

    Pająku, super dziewczyna z Ciebie, gratuluję silnej woli, uwielbiam Cię!

  • dowlinika

    Ty nienawidzisz kurwy anoreksji, ja na plecach noszę „koleżankę” bulimie, tak mniej więcej od 13 lat (mam 26) anoreksji mozna pomoc ale bulimiczce juz nie bardzo – rodzina po prostu mysli ze nie kontrolujesz wagi…. ot co.

    • Próbowałaś coś z tym zrobić?

      • dowlinika

        miałam „przerwe” okolo 3 lata, nawroty zależą od wielu czynników. niestety nie mogę pozwolić sobie na pomoc farmakologiczną (jeżeli taka istnieje) czy na psychiczną (terapia itp). obecnie mam „dół” i osiągam szczyty w bulimiowaniu (jak sama to nazywam) ale wiem ze jeszcze 2-3 tygodnie i bedzie stagnacja, pozniej bedą tygodnie spokoju, znowu bedzie wszystko ok aż znowu zaatakuje.
        przestałam to kontroloac. nie wiem jaki wstrząs musiałabym przezyc zeby przestac.

        • Agula

          Mi pomógł chłopak, był strasznie uparty pilnował mnie na każdym kroku, wysłuchiwał moich żali i płaczu. Ale poskutkowało, ktoś po prostu musi pomóc Ci w tej walce bez pomocy drugiej osoby to jak walka z wiatrakami. Może porozmawiaj z kimś komu na tobie bardzo zależy

          • dowlinika

            hmm…. byłam w związku przez 5 lat, i jak po 4 odważyłam mu się powiedzieć jakie miałam problemy i o co sie ocieram każdego dnia odpowiedział że „zmyślam bo mamy obecnie problemy i chce odbiec od tematu i jak zwykle skupic uwagę na sobie” …. takze wiesz zazdroszcze chłopaka.

          • Agula

            Wiesz ten chłopak to przypadek tak zwany do trzech razy sztuka bo poprzednicy traktowali mnie jak twój chłopak, nigdy ich nie dziwił fakt że potrafię cały dzień nic nie jeść a potem wieczorem zwracać kolację np. Nie wspierali mnie ani trochę wręcz przeciwnie, ciągle tylko słyszałam jak chude dziewczyny są fajne a te grubsze to już świniaki :-(. To raczej zachęcało mnie do dalszego odchudzania metodą głód i wymioty). Od 15 roku życia nie jadłam w ogóle obiadów śniadań i typowych normalnych posiłków, tylko sporadyczne przekąski a jak przegięłam to zwracałam i tak przez długie lata. Pamiętam jak poznałam Łukasza , zaprosił mnie na pizze. Od razu zauważył że ręce mi się trzęsą na widok jedzenia. Pamiętam to jak dziś, w ogóle mi nie uwierzył że nie jestem głodna, od razu zauważył , spokojnie chwycił mnie za rękę i poprosił żebym zjadła chociaż kawałek bo to go uszczęśliwi .. Od tego czasu zawsze mnie wspierał. On nie prosił , nie błagał po prostu poświęcał mi każdą chwilę na to żebym nie musiała myśleć tylko o tym co zjadłam , że muszę to zwrócić itp, pilnował Mnie na każdym kroku , jak byłam na niego zła to on mnie przytulał , uspokajał. Masz rację to kochany chłopak i cieszę się że w końcu takiego poznałam , że w końcu jem normalnie posiłki i cieszę się z prawdziwego smaku życia, Tobie też tego życzę.

    • Paweł Daniel Kęcerski

      Mój świetny kumpel miał przez długi czas bulimię, nawet teraz zdarza mu się mieć jakiś nawrót, zwłaszcza bo przepiciu sytego obiadu shakiem, który ma jakieś 3k kcal. Wierzę, że tak jak on poradzisz sobie w tej walce.

    • Agula

      Ja chorowałam 15 lat na bulimię chociaż był też czas że 2 lata prawie nic nie jadłam, mój sposób na bulimię to małe posiłki ok 250 – 300 kcal co 3 godziny tak żeby zjeść ok 5 takich dziennie. Co ważne najlepiej jeść dużo warzyw a unikać węglowodanów prostych bo to po nich zaczynają się wyrzuty sumienia. Po warzywach raczej ich nie ma , nie ma dużego wyrzutu insuliny, zapychają bo mają dużó błonnika więc nie masz ochoty na dodatkowe jedzenie. Wypróbuj taki sposób bo bulimia raczej w odchudzaniu nie pomaga

  • Byłam, potwierdzam. Czasami jedną nogą wciąż tam stąpnę i wdepnę.

    • Patrycja Barska

      Dokładnie mam tak samo. Chociaż to juz po wszystkim 14 lat to ciągnie sie za mną… Podobno nie da sie uwolnić od niej.

  • Paweł Daniel Kęcerski

    Człowiek się cieszy, bo pierwszy raz od dwóch tygodni brytyjskie lato zaświeciło słońcem, a Ty tak bezkarnie mnie chwytasz za włosy na jajach i obijasz po podłodze niczym Hulk Lokiego w Avengersach. Coś jest takiego w Twoim stylu pisania, co powoduje że nawet jako facet walczący ze swoją wagą zupełnie od drugiej strony przez chwilę zastanowiłem się czy nie przesadzam momentami. Dziękuję.

    • Możliwe, że przesadzasz. To się nazywa bigoreksja, pewnie nie zabija,ale ryje beret, no i mogą bebechy siąść na stare lata od nadmiernej ilości żarcia, w tym białka konsumowanego przez lata.

      Masz dokładnie to samo, stoisz przed lustrem i nie widzisz, że jesteś wielki. Mnie uderzyło… zdjęcie, które mnie i koledze z pracy ktoś zrobił jak mieszkałem w Holandii i jedliśmy śledzie w ich tradycyjny sposób (link niżej). Bylo jaskrawo widac, że moje ramie jest TRZY razy grubsze niż kolegi. Jakoś na codzien tego nie zauważałem…

      https://www.google.com/search?site=&tbm=isch&source=hp&biw=1680&bih=935&q=haring+eten&oq=haring+et&gs_l=img.3.0.0j0i24.3529.5261.0.6789.13.9.1.2.2.0.118.903.6j3.9.0….0…1ac.1.48.img..3.10.902.tB4HkH6nU-M&gws_rd=ssl

      @Malv, w końcu jakiś kunkret, a nie te tatuaże i badboye :]

  • Dobrze zrobiłaś pisząc o tym. Mam nadzieję, że komuś tym tekstem pomożesz!

  • Zdrowi i normalni faceci wolą o niebo bardziej kobiety z nawet drobną nadwagą niż jakiegoś chodzącego wieszaka. Wtedy jest za co złapać, a to już duużo :)

    • tak, oczywiście. generalizujmy. bo każdy facet który woli szczupłą drobinę jest nienormalny.

      • Karol

        plus sprowadzajmy anoreksję do chęci podobania się facetom.

    • Guest

      Moim skromnym zdaniem ciało jest czymś co możemy w każdej chwili zmienić – schudnąć, przytyć, wyrzeźbić… sama zwracam uwagę na to jak ludziom z oczu patrzy, jaką maja twarz – i nie wiem jak można się wiązać z człowiekiem ‚bo mogę cię za dupę złapać’. Przy takim dość powszechnym niestety i skrajnie debilnym argumencie, można się co najwyżej złapać za głowę. Tak… każda kobieta marzy o tym, by usłyszeć; poprosiłem cie o rękę, bo Zocha była za chuda, a ciebie można było za cycka złapać… BRAWA dla tak rozumujących!!!

    • Paulina

      Pewnie chciałeś pomóc…ale to nie musi być dla nikogo pocieszeniem, bo nie wydaje mi się, żeby anoreksja wynikała z chęci przypodobania się facetom, raczej częściej to wewnętrzny „perfekcjonizm”, walka ze sobą, próby polubienia siebie… Być może chęć bycia lubianą, ale nie tylko przez jedną płeć.

  • Bartek

    Zuch jesteś za ten tekst!

  • Dobre, niech żyje odwaga. I niech pomoże innym:)

  • zuza

    Kolejny konkretny, mocny tekst. Uwielbiam sposób w jaki piszesz!

  • Dag.

    Niekiedy wydaje mi się, że „dobre duszyczki”, które chcą pomóc takiej osobie tylko pogarszają sytuację. Wiadomo, że anorektycy mają zaburzoną samoocenę i teksty typu „coś ty ze sobą zrobiła/ zrobił” ,czy „nie widzisz jak ty wyglądasz” jedynie pogarszają sprawę. Osoby, które chcą pomóc muszą wykazać się właśnie tak jak napisałaś na początku posta ZROZUMIENIEM w przeciwnym razie mogą jedynie pogorszyć sytuację.

    Gratuluję świetnego posta, nie pamiętam żeby ostatnio coś tak mnie poruszyło.

  • Anna

    Warto też zwrócić uwagę na fakt, że nie każdy przykład anoreksji jest książkowy i widoczny na pierwszy rzut oka.

    Czasami osoba może wyglądać całkiem normalnie – ba, nawet się nikt nie oburzy, jak sama stwierdzi, że mogłaby z 5 kilo zrzucić.
    A tymczasem każdy niezdrowy/nadliczbowy/niewłaściwy… etc. posiłek ląduje w toalecie, wychodząc tą samą droga, którą wszedł.
    Nie można mówić wtedy o całkowitym głodzeniu się, bo jeden zwymiotowany posiłek z 3 czy 4 dziennie nim nie jest, a jednak mamy do czynienia z zaburzeniem odżywiania.
    Jak sama stwierdziłaś – anoreksja może trwać latami i wręcz nie wydawać się chorej osobie zbyt wielkim problemem.

  • Smętna Ziuta

    Też tam byłam, a na zdjęciach widziałam tylko tłuszcz, mimo, że BMI jednoznacznie wskazywało kacheksję. Co ciekawe, była to JEDYNA rzecz na temat której słyszałam komplementy w moim otoczeniu – „jaka jesteś szczuplutka, nie zmieniaj się, jak to robisz?”. Jedyną rzeczą, którą potrafiłam kontrolować, było żarcie i waga. Po załamaniu zdrowia i paru porządnych terapiach szokowych od losu wzięłam się za siebie. Nie muszę być tą miła, drobniutką, którą można pomiatać i którą można zgnieść. Nie chodziłam do terapeuty, po prostu ruszyłam dupskiem i pogodziłam się z tym, że nie wszyscy muszą mnie lubić. Teraz widzę, tak jak Ty, te wiotkie dziewczyny i chciałabym podejść, powiedzieć im, że to ciało, które niszczą to ich jedyne narzędzie przetrwania w tym popieprzonym, drapieżnym świecie. Trzymaj się.

  • Znowu świetny tekst, który wali w łeb. Jak ty to robisz?

  • Maciejkowa

    Uch, Twój post przybił mnie tak, że nie wiem co napisać…
    Jakieś 10 lat temu przez swoje paranoje też otarłam się o tę chorobę, uratował mnie wtedy absolutny brak odruchu wymiotnego, za co dziś jestem wdzięczna mojemu silnemu organizmowi!
    Oczywiście problem zaburzeń odżywiania nie znika sobie „tak o”, ciągnęło się to za mną do całkiem niedawna, kiedy postanowiłam na pierwszym miejscu postawić swoje zdrowie – racjonalne odżywianie i aktywność fizyczną.
    Czasami wracają dawne paranoje, ale teraz dopiero czuję, że mam kontrolę nad swoim ciałem i życiem i że jestem na znacznie lepszej drodze do sukcesu, jakim jest samoakceptacja :)
    Trzymajmy się dzielnie! Pozdrawiam ciepło :)

    maciejkowa.blogspot.ie

  • Mocny tekst. potrzebny. szczęśliwie ani ja, ani nikt z bliskich nie zmagał ani nie zmaga się z tą chorobą (bynajmniej nic na ten temat nie wiem). Jednak gdybym spotkała, kiedyś, kogoś to co mówić, jak reagować, żeby dotrzeć? Przeciez nie tekstem „Wygladasz jak anorektyczka.” jakieś rady, podpowiedzi?

    • Nie potrafię Ci odpowiedzieć na to pytanie. Kiedy chorowałam na anoreksję i słyszałam „jesteś za chuda, musisz trochę przytyć”, czułam z jednej strony rozdrażnienie, z drugiej satysfakcję. Kiedy ktoś mówił, że świetnie wyglądam, to tylko motywowało mnie do tego, by nadal się głodzić…

      Myślę, że bardzo ważna jest tu bliskość z drugim człowiekiem. Brak jakiegokolwiek oceniania. Wspieranie w codziennych sprawach i podkreślanie, że osoba cierpiąca na anoreksję jest niesamowitym, wartościowym człowiekiem. Bycie obok i trochę czytanie między wierszami.

      Dociera do mnie właśnie, jak cholernie trudne musi być obcowanie z człowiekiem chorym na anoreksję.

      • Karol

        To jedno z najgorzych doswiadczeń mojego zycia – okres, kiedy przyjaciółka chorowała na anoreksję. Odcinała się od świata, nie chciała pomocy, wręcz ją odrzucała. Jedyne, na czym się skupiała, to waga. To trwało kilkanaście miesięcy, przez cały ten okres nie miałam obok siebie przyjaciółki, a jakąś obcą anorektyczkę, ale to nie było wtedy istotne. Choroba zabiera osobowość. Uczucia częściowo też. To naprawdę przerażające, kiedy patzrysz jak ktoś kogo kochasz powoli się zabija i nic nie możesz zrobić…

  • eV

    Bardzo wartościowy tekst. Dziękuję i cieszę się razem z Tobą, że udało Ci się z tego wyjść.

  • Ola

    Genialna jak zawsze. Uwielbiam Cię czytać! brawo za odwagę i podzielenie się kawałkiem siebie

  • NIe chorowałam ani na anoreksje, ani na bulimię. za to objadałam się kompulsywnie…
    stresik? kanapka, zły dzień?batonik, wkurw?kolejna kanapka…i żeby nie było, żem głodna…nie, nie..potrafiłam po obiedzie wcisnąć w siebie jeszcze kanapke, albo deser, cokolwiek…
    A potem patrzałam na swój wielki brzuch i czułam do siebie obrzydzenie…teraz wiem, że to było zajadanie uczuć…lub nieumiejętność radzenia sobie z nimi..Jedząc odwracałam swoją uwagę od problemów i skupiałam się na swej wadze..
    Daleko mi do stanu równowagi i nawyki podjadania wciąż we mnie tkwią, ale emocjonalnie jest o niebo lepiej i wiem, że mam wybór : albo uporam się z tym co mnie wkurwia, męczy, denerwuje lub smuci, albo zjem pięć batonów i gówno z tego będzie…

    • saur

      ja próbuję od 3 tygodni oduczyć się podjadania.kolejne podejście.
      podpisuję się pod tym,co napisałaś,z jednym wyjątkiem-ja czuję głód.
      albo coś,co głód udaje.
      bez przesady mogę stwierdzić,że mogłabym jeść ciągle i nie umiałabym zaspokoić tego głodu.
      jestem w trakcie terapii,może to być reakcja na etap w terapii właśnie.

  • Mara

    Kiedy patrzę za siebie, widzę, że byłam o krok… Jadłam, fakt. Ale każdy nadprogramowy kęs to wyrzuty sumienia. Potrafiłam się uderzyć. Podrapać po brzuchu niemal do krwi. Bo był za gruby, wciąż za gruby, choć ważyłam już 46 kilo, oczy zapadały się w czachę, a okres zanikł. Na imprezach popijałam marchewkę wodą. I tęskniłam za czasami, w których miałam pyzatą buzię (choć gruba nie byłam) i potrafiłam się napić piwa. Bez wyrzutów. Biegałam, chodziłam na siłownię i robiąc martwy ciąg myślałam o brzuchu! Mierzyłam go codziennie. Czasem kilka razy. Oglądałam w każdym lustrze. Rano był już w miarę płaski, a wieczorami potrafiłam się rozpłakać. Ja, twardziel. I te ciągłe rozkminy: skoro nie przytyłam kiedyś tam w wakacje, nie ćwicząc i jedząc, to jak mogło mi przybyć pół centymetra, tylko przez chwilowe zawalenie diety? Skąd te pół centymetra? (tak, dobrze napisałam, PÓŁ centymetra). Nawet ciężko chorując potrafiłam myśleć o tym, że nie mogą biegać i urośnie mi brzuch! W końcu coś pękło. Uświadomiłam sobie, że to co sobie robię jest chore. Że to nie o brzuch chodzi – i tak spod ciuchów go nie widać. Że chodzi o jakąś chorą kontrolę. O udowodnienie sobie samej, że nie zjem tej czekolady. Tak, kurwa, ja się cieszyłam, ze stoi przede mną ciacho, na które mam ochotę, ale go nie jem, bo taka jestem zajebista! W końcu odpuściłam. Powoli. Ale dałam radę. Udało mi się wyplatać z sideł. Powoli zaakceptowałam to, że moje ciało nie będzie idealne, że nie warto się katować. Że mam się cieszyć naprawdę fajnymi nogami i niebrzydką twarzą. Teraz ważę z 50 kilo, nie wiem nawet ile dokładnie. Jem zdrowo i dużo biegam, ale teraz w końcu znów czerpię z tego radość. A brzuch? Wymiary ma nieco większe, ale mnie wydaje się ładniejszy niż wtedy. Wydaje się, bo przestałam go oglądać nawet w kiblu u znajomych. Wygadałam się. Dzięki za ten tekst. mara

  • joana

    Nie chcę kusić losu, ale… nie wiem jakbym postąpiła jako rodzic w tej sytuacji.

  • ja z tego samego powodu zaczęłam chodzić na siłkę- tzn. z powodu brzucha. Oczywiście, wcześniej próbowałam i głodzić się i zwracać.. jedno i drugie nie odniosło skutku [na szczęście], bo zbyt kocham jeść i nienawidzę wymiotować ;]

  • i znam ten stan i znam tą historię… i musiałam się sama zbuntować, że taka k… ma na de mną władzę…

  • Byłam tam 4 lata temu. Wcale nie schodziłam z 45 na 30 kg, zaczęłam z lekką nadwagą, a gdy kończyłam z tym nie doszłam miałam BMI w normie. Czy można to nazwać anoreksją? Może tak, może nie. Moim zdaniem nie chodzi o cyferki na wadze. Bo jak inaczej można nazwać dziewczynę, której dzienny limit do 500 kcal dziennie, a perfekcyjnie byłoby jeść 300. Albo jeżdżenie codziennie od powrotu do szkoły praktycznie do wieczora na rowerku stacjonarnym „na pełnej piździe”? Chudnięcie 10 kg przez pierwszy miesiąc? Popijanie pewnych popularnych tabletek na przeziębienie kawą, bo po nich nie czuło się głodu? Cieszenie się z każdego „weź się ogarnij, nie chudnij już”? Bycie dumnym z faktu, że siedząc ze znajomymi w pizzerii nie zjadło się ani jednego kawałka?
    To trwało „tylko” pół roku, a konsekwencje odczuwam do dziś (efekt jo-jo, poważne zaburzenia hormonalne). Dorosła baba, a taka głupia.

  • lidkaS

    też tam byłam. byłam pulchną dziewczyną, może nie z nadwagą, ale prawie. gimnazjum. mama mi radziła: pż – czyli połowę żreć. ja zmodyfikowałam na pż – przestać żreć. zaczęłam chudnąć. na początku było trudno, ale potem… KONTROLA. to słowo klucz. to uczucie głodu, upajające, że jestem głodna, ale MOGĘ nie zjeść. mam władzę nad swoim ciałem, życiem, jest wreszcie tak jak chcę, jak JA chcę. trudno to wytłumaczyć. ale jak czytam o anoreksji na forach, blogach – to chyba typowy schemat myślenia. jeśli dodać do tego, że jestem perfekcjonistką, zawsze byłam świetną uczennicą, zawsze wszystko tiptop…chyba jeszcze bardziej typowe.
    śniadanie? nie bułka, wasa. Potem sucha wasa z pomidorem, bez masła, majonezu. Potem pół kromki wasy. Potem 1/3. Obiad? Bardzo dużo zupy, którą można wylać do kwiatka, do flakonu, za okno. Na drugie mięso, tylko, bo ziemniaki tuczą. Och, jaki pies był szczęśliwy. Kolacja? Nie jem, dbam o linię! I ćwiczenia. 50 skłonów. potem 1000. 50 brzuszków. Potem 500. żeby paść. przecież w zdrowym, wygimnastykowanym ciele zdrowy duch?
    Zatrzymał mi się okres. Włosy zaczęły wypadać. Mama się zaniepokoiła, ale nie wiedziała, jak reagować. W szkole zaczęły się pytania.
    a ja wiedziałam swoje. nawet nie chodziło mi o schudnięcie, ale właśnie o tą kontrolę. a głód? przestałam czuć.
    robione było zdjęcie klasowe. gdy zobaczyłam je po wywołaniu – przeraziłam się. to był szok. w lustrze widziałam szczupłą, usmiechniętą dziewczynę. na zdjęciu był jakiś wielkogłowy manekin.

    Trudno było zacząć jeść.
    Udało się.
    Teraz mam ‚widełki wagowe’. Staram się mieścić w nich, bo wiem, że jeśli przekroczę granicę, to wtedy zacznę się odchudzać, a jeśli zacznę…to nie wiem, czy drugi raz potrafiłabym przestać.

    i prawie 15 lat minęło, a ja wciąż nie ufam sobie.

  • gość

    to jest powszechny problem,niestety..Bylo to dobrych pare lat temu (2005/6) mnie tez dotknal, mialam z 15-16 lat, bylam harda i zacietrzewiona, nie umialam odpuscic, w mojej rodzinie zaczely sie powazne problemy (ktore potem okazaly sie niczym,wszystko zakonczylo sie pomyslnie) w kazdym razie z tego zalu,nerwow itd. przestalam jesc. Poczatkowo myslalam,ze to z nerwow, potem,ze zwroce czyjasc uwage, a potem zaczelo mi sie to podobac (zawsze bylam pulchniutka bo kiedys babcie mialy podejscie ze im grubsze/pulchniejsze dziecko,to tym zdrowsze).. czas mijal,ja sie zakochalam,na zaboj, moj ukochany musial wyjechac na drugi koniec kraju a ja wmowilam sobie,ze im wiecej schudne do naszego kolejnego spotkania tym lepiej ( mial przyjechac na nasze piersze,wspolne swieta bozego narodzenia) – rodzinne problemy nadal trwaly ( zaczelam „kombinowac „cos z jedzeniem w czerwcu-lipcu) , mialam wzrostu 171cm i przed swietami doszlo juz do tego,ze jadlam tylko pomidora dziennie i pilam malo,bo bylam przekonana,ze od wody przytyje.. tata zaszantazowal mnie,ze chlopak nie bedzie mogl przyjechac jak wiecej nie zjem,wiec plakalam,wymiotowalam,ale zjadlam dwie kromki chleba razowego z powidlami.. chlopak przyjechal,a ja tych swiat praktycznie nie pamietam..mam czarna plame w mozgu.. chlopak na moj widok zamiast sie ucieszyc to sie z zalu rozplakal.. wyjezdzajac porozmawialismy powaznie,ale ja juz bylam bardzo mocno uzalezniona od nie jedzenia.. w krytycznym momencie przy moim wzorscie wazylam 32kg.. spalam w dresach,bo bylo mi tak zimno,ze nie moglam z lozka wyjsc..cwiczylam intesywnie,zeby jeszze wiecej schudnac, probowalam w domu boksowac,to mi zyly w dloniach popekaly, zawsze mialam 4-5 z chemii,matematyki,wtedy otarlam sie o niezaliczenie ,nie umialam wyjasnic czym jest kwadrat :) z pomoca chlopaka, po wieeeeeeeelu godzinach rozmow (wtedy jeszcze na gg), przez telefon itd. uporalam sie z choroba… po mialam jeszcze pare nawrotow – mniejszych,wiekszych, ale teraz moge smialo powiedziec,ze wszystko ze mna w 100% dobrze, smigam na silownie, jestem kochana, wspierana i ciagle z tym samym teraz juz narzeczonym planujemy slub – moge tylko powiedziec,ze gdyby nie on,jego wsparcie i obecnosc (nawet na odleglosc) na pwno bym z tego nie wyszla :)
    Napisalam to jako przestroge i forme wsparcia, jezeli sie chce to wszystko da sie przezwyciezyc :) Trzymam kciuki za wszystkie dziewczyny i mam nadzieje,ze moze chociaz jakas jedna istota zrozumie,ze nie tedy droga.

    • szacun dla Twojego faceta i rodziny za wsparcie, zdrówko :)

  • Chudzinka

    Anoreksja jest straszna i zawsze współczułam osobom na nią cierpiącym, bo przecież to nie tylko kobiety.. sama jestem mega szczupła i tak od zawsze..mam 160 cm wzrostu, 38 kilo zywej wagi i troche ponad 30 lat. Wierzcie mi, że wyglądem przypominam jedną z anorektyczek w „lepszym” stadium. Nie jest łatwo jak i obcy i bliscy wmawiają Ci chorobę. Szczupła byłam jestem i mam nadzieje, że kiedyś przestane być. Wizyty u lekarzy, psychologów, psychiatrów nic nie przynosi skutku. Ciągłe szukanie przyczyny bycia szczupłą. Istne szaleństwo. Chce przytyć, a nie moge. Może jednak nie warto oceniać wszystkich mega szczupłych i od razu osądzać, że anorektyczka. Niektórzy mają taką urodę. Zdecydowany kult szczupłości lansowany przez media jest bardzo krzywdzący. Wszyscy Ci co są za chudzi tak jak ja mają przewalone, ale i Ci co mają lekką nadwagę również. Najważniejsze żeby pokochać siebie i czuć się w swoim ciele i z samy sobą jak najlepiej. Przestańmy lansować i dorównywać do sztucznych zachodnich norm. Nie to jak wyglądamy, ale jacy jesteśmy dla siebie na wzajem jest najważniejsze. A czy mam kilo w tą czy w tą, co za różnica?czy uczyni nas to lepszymi i wartościowszymi ludźmi?Come on!Enjoy your life!!You have only one life so take care about yourself:) Z ciepłymi pozdrowieniami Chudzinka:)

    • 38kg przy 160cm wzrostu? Jezusie brodaty! :(

    • eM.

      Ha! Czyli jednak zdarzają się inne chudzielce nie z wyboru :) Mam 170, w tym momencie 45kg. Niby szczupłość jest tak pożądana, a ja ciągle się spotykam z niechęcią ze strony ludzi, zwłaszcza kobiet. Bo dużo jem i jestem chuda. Zdarzają się komentarze na ulicy, wścibskie spojrzenia. Nienawidzę siebie za to jak wyglądam, nie mogę na siebie patrzeć i mam wrażenie, że ludzie czują do mnie obrzydzenie. Przez to niechętnie wychodzę z domu (no chyba, że jest już ciemno i nie ma tłumów na ulicach), unikam kontaktów… Miło by było w końcu usłyszeć na dzień dobry coś innego niż „o Boże, jaka ty jesteś chuda!”

      Niestety, większość ludzi ocenia po wyglądzie.

      Chudzinko, polecam tuczenie się makaronami z różnymi sosami (najlepiej śmietanowymi!)… Jedząc takie pyszności, udało mi się w pewnym momencie dobić do 53kg (Boże, jaka ja byłam wtedy szczęśliwa!).

      • Chudzinka

        Masz jakieś ciekawe przepisy?wiem, co czułaś kiedyś udało mi się ważyć 42 kg:)hehe, grunt, że w ogólnym rozumieniu jestem zdrowa i kocham i akceptuje swoją figurę choć jestem świadoma swoich „mankamentów”, i Tobie też tego życze!!!głowa do góry, jak Ty zmienisz nastawienie do świata to i on zmieni do Ciebie:)trzymam kciuki!

      • Paulina

        Te spojrzenia i komentarze mogą wynikać z zazdrości. Chyba każdy ma taki okres w życiu, że najlepsza figura to przeciwieństwo tej, jaką się ma. Zresztą, jak mówi internet: największym marzeniem kobiety nie jest superfacet, tylko się najeść i być dalej szczupłą ;) co tylko może potwierdzać, że ich motywem jest zazdrość. Osobiście przechodziłam przez różne fazy – od lekkiej nadwagi do „normy”, potem do lekkiej niedowagi – i zawsze coś mi się nie podoba… Życzę Tobie, sobie i wszystkim kobietom, żebyśmy w końcu i do końca, całkowicie polubiły siebie i patrzyły na innych/inne z uśmiechem, sympatią, a nie zazdrością, bez względu na ich figurę :)

  • Karolina

    Czytam twój blog od kilku miesięcy, i choć nie zawsze się z Tobą zgadzam, to bardzo cenię twoją opinię. Ten wpis mocno mnie poruszył. Od dziecka byłam gruba i od dziecka spotkało mnie wiele przykrości z tego powodu. Słuchając ciągle, że jest ze mną coś nie w porządku w końcu i ja w to uwierzyłam. W konsekwencji miałam zaburzenia odżywiania, epizody głodzenia się, bulimii, kompulsywnego objadania się, a to wszystko ponieważ wierzyłam, że szczupła będę szczęśliwa, lepsza, wreszcie akceptowana. Los chciał, że poważnie zachorowałam, skutkiem ubocznym była znaczna utrata wagi i utrata złudzeń. Wcale nie byłam szczęśliwsza, gdy ludzie komplementowali mój nowy wygląd, a było wiele tych komplementów, czułam jedynie gorycz, żadne moje życiowe osiągnięcie nie było tak często komentowane jak fakt, że schudłam. Zadałam sobie pytanie czy tylko tym jestem, czy jestem tylko ciałem, wyglądem? Nie! Długo pracowałam nad tym żeby siebie zaakceptować, pokochać taką jaka jestem a przede wszystkim nie przejmować się opinią innych ludzi. Zawsze znajdą się krytycy. Wierzę, że należy traktować swoje ciało z miłością i szacunkiem a jednocześnie nie zapominać, że wygląd naszego ciała nie stanowi o naszej wartości. Dziękuję za ten wpis.

  • Karol

    Doświadczeń w tym temacie mam aż za dużo. Przyjaciółka anorektyczka walczyła z chorobą trzy lata i chyba nadal nie wygrała. Tak bardzo chciałam jej pomóc, że postanowiłam zrozumiec chorobę, i sama w to wpadłam. Dążyłam do jak najniższego BMI, 15 to było zbyt dużo. Potem przytyłam, choroba ucichła. Właśnie wraca. Cholera, boję się, że to sie znowu stanie, a jednocześnie tak bardzo chcę ważyc mniej…

  • Inga

    Wydaje mi się że jesteś moją rówieśniczką, więc wtedy kiedy miałyśmy po 17 lat, w 2002 siłownia i fitness już nie była modna. Szał na fitness to był 10 lat wcześniej w 1992 roku – pamiętam moja mama chodziła wtedy na fitness i aerobic po 3 razy w tygodniu. W 2002 fitnessy były już mocno passe, wtedy zaczęła się moda na taniec brzucha, ja właśnie wtedy w wieku 17 lat zapisałam się na taniec brzucha z identycznych jak Ty powodów… byłam prosta jak deska, chciałam być jak klepsydra i chciałam mieć wcięcie w talii. Na nic mi się to nie zdało… kobieca figura, piersi, biodra pojawiły mi się dopiero w wieku 25 lat.

  • Guest

    Jakoś 28.06 kręciłam się po Metrze Słodowiec… opis wypisz wymaluj prawie jak mnie i wzrost i włosy i w ogóle… (no ja ważę +10 kg więcej niż Twoja bohaterka, ale to wystarczy żeby uchodzić za Miss Anorexia) – czytając nagłówek miałam strasznego Zonka :D

  • Kurczę, Malwina, to będzie DŁUGI komentarz ale muszę. Zacznijmy od nieistotnego wstępu- wpadłam jakiś czas temu na tego bloga i szczerze mówiąc to nie polubiłam go specjalnie. Coś mnie odrzucało. Dzisiaj trafiłam tu znowu i zmieniłam zdanie o 180 stopni, głównie przez ten tekst.

    ” Tylko Ana zawsze była obok. Moja najlepsza przyjaciółka. Nienawidziłam kurwy.”- Anę się kocha i nienawidzi, myślę, że wie to każdy kto przez to przeszedł. Na mnie padło bardzo wcześnie i może to dobrze, bo na tą chwilę mogę powiedzieć, że NIE JESTEM AKTUALNIE CHORA. Nie należy tego mylić z ” jestem zdrowa”, bo nigdy nie będę.

    Sześć lat później ja ciągle muszę przypominać sobie o tym, że powinnam coś zjeść, bo sama szybko o tym zapominam. Co by było gdybym o oddychaniu też nie pamiętała… ;-) Jedzenie nie jara mnie kompletnie. Najczęściej pakuję co się da na talerz i wsuwam to oglądając Kuchnię+ albo inne bzdury, żeby chociaż estetyką potraw pokazywanych w tv zmotywować się do żarcia. Jak ” wychodziłam” z Any wciskałam jedzenie na siłę, nie czując smaku. Teraz jest w sumie tak samo. Znacząca różnica- wtedy wciskałam, bo mnie zmuszali, teraz wciskam, bo wiem, że TEN CAŁY CYRK Z JEDZENIEM ( KTÓREGO NIENAWIDZĘ) JEST NIEZBĘDNY DO ŻYCIA (KTÓRE KOCHAM).
    Ciągle pojawia się ten głosik w głowie ” patrz na swój brzuch, patrz jak ty wyglądasz! fu!”. Kiedyś słyszałam go codziennie, teraz pojawia się tylko czasami. I to JA wybieram, żeby nie słuchać.

    Myślę, że żeby wyjść z anoreksji potrzebny jest ten punkt kulminacyjny, kiedy osiąga się dno. O swoim nie będę opowiadać, może u kogoś jest inaczej.

    Na koniec chcę tylko dodać jedno zdanie odnośnie komentarza gdzieś tam poniżej. Anoreksja zazwyczaj nie bierze się z ” odchudzałam się, żeby podobać się facetom”. Za Aną potrafią stać dużo poważniejsze problemy, np. rodzinne, oraz to że na anoreksję chorują osoby o określonym typie osobowości.

    Malwina, wielkie 5, że napisałaś o tym. Ja nie miałam bardzo długo odwagi a nawet to co napisałam tu, to tylko taki czubek góry lodowej. No to tyle właściwie, bo zaraz Ci tu drugiego posta stworzę pod Twoim. Bang.

  • Agnieszka Antczaxu L

    Matko, dokładnie opisałaś to, co i w jaki sposób działo się ze mną przez pieć lat mojego nastoletniego życia, kiedy męczyłam się z tą falszywą suką ! Ana to kawał kurwy, z która przyjaźń to nic więcej, jak tylko śmierć na raty. Pamiętam jak dziś dzień, kiedy w lustrze zobaczyłam wrak czlowieka… i te kości pod skórą, które do niedawna budziły fascynację ,a które nagle zaczęły budzić wstręt i przerażenie. Taka chciałam być chuda, piękna, żeby chłopaki za mną latali a tu dupa – na dyskotekach faceci chętnie tańcowali z „grubszymi” znajomymi, ja podpierałam ściany. Potem wpadłam w bulimię. Przytylam nieznacznie i pamiętam taki moment – zasuwałam na uczelnię na rowerze i mijalam dwóch kolesi, jeden, całkiem całkiem powiedział „patrz jaka laska, za taką to na koniec świata bym polazł”. Nie wiem kto to, jak mu na imię, ale dziękuję mu za te slowa. Uwierzyłam w siebie, znalazłam siłę by walczyć o siebie. Potem poznałam swojego męża, uwierzyłam, że ktoś może mnie pokochać, nie za to jak wygladam, ale za to kim jestem. Dziś jestem żoną, matką, BMI w normie, jestem szcześliwa. Z tego syfu można wyjść, Ty, ja i wiele innych ex-anorektyczek jest na to dowodem. Pozdrawiam serdecznie!

  • EA

    Dla tych, co przez to przeszły i odzyskały wolność https://www.youtube.com/watch?v=BSr_fQzVH1A&list=UUz2RV-zn7ULmPvUiwmwLsbA

  • dzi

    A co się stało że zapisałaś się na tę siłownię? Był jakiś bodziec? Jak nastąpiło przełamanie?

  • Peter Levy

    Za to wszystko moje drogie panie możecie podziękować mas-mediom oraz kolorowym gazetom, w których promowany jest wizerunek chudego wieszaka jako ideału i seksualnego wzoru do naśladowania. Winę za to, ponoszą również faceci, najczęściej ci co wbijają w mięśnie połowę tablicy Mendelejewa. Dlaczego koks ma przy sobie zazwyczaj dziewczę o wadze poniżej 50 kg? Odpowiedź jest bardzo prosta, by powstał większy kontrast a większy kontrast to optycznie większe mięśnie. Tak myśli przeciętny koks. Cierpią na tym miliony kobiet. Prawdziwy facet instynktownie czuje pociąg do kobiet o okrąglejszych kształtach. Gratuluję autorce wygranego czelendżu z anoreksją. :)

  • Mało poważnie, pod poważnym tematem :-)
    ps. też się o to otarłam (co najmniej)

  • Pingback: Luźne przemyślenia: Rozmiar zero. | SO KAYKA()

  • miamorese

    dziękuję za ten post.

  • Trafiłam na ten wpis jakoś zupełnie przypadkiem i mi się zachciało szlochać. Moje wyjście z anoreksji było tragikomicznie. Lata temu miałam przyjaciółkę, równie popieprzoną jak ja, tyle tylko że ona na domiar złego miała anoreksję bulimiczną. Żyć bez siebie nie mogłyśmy, chociaż dzisiaj mam wrażenie, że gadałyśmy tylko o jedzeniu. Pewnego dnia, w piękne wakacje, obudziła się gwałtownie ok. 6 rano i zaczęła kopać w szafkę. Od ciągłego rzygania zaburzyła sobie gospodarkę elektrolitów i jej serce nie wytrzymało. Dusiła się, chyba każdy jeden narząd po kolei odmawiał jej posłuszeństwa, a ona to wszystko czuła. Po około siedmiu minutach była już martwa. A ja? Po jej śmierci położyłam się do łóżka i długo leżałam. Dniami, nocami, może nawet tygodniami. Tęskniłam za nią tak potwornie, że tylko czekałam, aż wreszcie zdechnę z głodu. A potem było mi wszystko jedno. Błądziłam po świecie półprzytomna z tęsknoty. Przestało mi zależeć jak wyglądam, komu się podobam, komu nie i czy w końcu doczekałam się dziury między udami. I to z tej obojętności zaczęłam jeść. Bo było mi już wszystko jedno. Czasem sobie myślę, że udało mi się przeżyć tylko dlatego, że ona umarła. I już sama nie wiem co gorsze.

    Dobrze, że o tym napisałaś. Nie wiem, czy komuś otworzy to na coś oczy, bo ludzie wolą parzyć się własnymi błędami, niż cudzymi, ale to ważne – uświadamiać świat jak przechujowa jest ta choroba.

  • gabrysia_brejdygant@op.pl

    Bardzo to mądre, co napisałaś. szukam ciągle jakiegoś punktu zaczepienia, impulsu, ale ciągle nie mogę, ciągle jutro, ciągle następnym razem. Potrzebuję pomocy, chcę pomocy.