To na wstępie szach mat (ha!), bo ja lubię jesień. Najbardziej kocham tę złotą, polską, ale uwielbiam też jesień zasnutą mgłą, szarą, mokrą, deszczową. Jesień melancholijną, nastrojową, skłaniającą do refleksji. Jesień, która sprawia, że jak najszybciej chcesz znaleźć się w domu pod kocem, z kubkiem gorącej herbaty i kotem u boku, włączyć ulubioną muzykę, sięgnąć po nową książkę, obejrzeć dobry film. I docenić, że masz dom i koc i herbatę i że jest ci ciepło i masz co jeść i gdzie spać…
Bo jesień to idealny czas, by trochę porozmyślać.
#1. CO CZYTAĆ?
Ostatnio wpadł mi w ręce reportaż kolegi ze studiów, który zawsze był mózgiem (skończył MISH, zna niderlandzki, publikował w „Dużym Formacie”), więc spodziewałam się, że książka będzie dobra, ale to co przeczytałam, dosłownie wgniotło mnie w fotel, a raczej w łóżko, bo czytałam zwykle przed snem, w pozycji horyzontalnej. Rzadko który debiut jest tak udany, także Kamil, chapeau bas, idę się utopić jak Virginia Woolf. Tymczasem przedstawiam Wam „Wszystkie dzieci Louisa”.
Holandia, lata 70. ubiegłego wieku. In vitro jeszcze nie wymyślono, banki spermy robią furorę wśród par, w których mężczyźni cierpią na bezpłodność. Siła tkwi w prostocie: świeże (a w miarę rozwoju technologii zamrożone) nasienie dawcy trafia prosto do strzykawki, strzykawka do pochwy kobiety, następnie kobieta leży, czeka, wstaje, uiszcza rachunek, mówi „dziękuję, do widzenia” i za kilka tygodni sprawdza, czy inseminacja przyniosła oczekiwany rezultat. Mimo, że kliniki nie płacą dawcom nasienia, tych w Holandii nie brakuje.
Teoretycznie dane dawcy pozostają anonimowe, ale jeśli nie ma on nic przeciwko, by w przyszłości biologiczne dzieci się z nim skontaktowały – proszę bardzo, droga wolna. Teoretycznie dawcy są poddawani szczegółowym badaniom (m.in. na występowanie chorób genetycznych), a ich pochodzenie, stan zdrowia, kondycja psychofizyczna są jawnie przedstawiane kobietom i/lub parom homo i heteroseksualnym decydującym się na taki rodzaj zapłodnienia. Teoretycznie nasieniem jednego dawcy nie może być zapłodnionych więcej niż osiem kobiet. Teoretycznie.
Jeśli więc wciąż nie do końca rozumiecie, czym jest spermooszustwo, w jaki sposób jeden mężczyzna może spłodzić dwusetkę dzieci oraz dlaczego reportaż w Polsce nadal żyje i ma się świetnie, koniecznie sięgnijcie po książkę Bałuka.
Druga pozycja, o której nie mogę napisać nic więcej poza tym, że właśnie do mnie przyszła pocztą i aktualnie czytam trzydziestą pierwszą stronę, jest powieść Szirin Ebadi „Kiedy będziemy wolne. Moja walka o prawa człowieka”. Żona, matka, aktywistka i pierwsza kobieta sędzia w historii Iranu opisuje życie po rewolucji w 1979 roku, kiedy obalona została monarchia konstytucyjna, a w Iranie zapanowało prawo szariatu (czytaj: kiedy Iranki straciły swoje ludzkie i obywatelskie prawa). Już po pierwszych kilku stronach wiem, że dla tej książki warto wziąć jeden dzień urlopu tylko po to, żeby móc ją w spokoju przeczytać.
#2. CZEGO SŁUCHAĆ?
Wiadomo, ludzie gustują w różnych klimatach, ale jeśli lubicie nastrojowe, trip-hopowe, lekko alternatywne brzmienia, polecam najnowszy singiel Son Lux, a konkretnie utwór „Dream State” z pakietem, czyli z fenomenalnym tekstem i obrazem. A gdyby ktoś nie wiedział, Son… zagrają pod koniec lutego w Warszawie.
Poniżej zaś mały bicik projektu Balkony TV, czyli coś lekkiego i niezobowiązującego dla wszystkich. Z humorem, pięknym głosem pana po lewej, kocimi ruchami pana po prawej oraz ujmującą puentą ;)
#3. GDZIE BYWAĆ?
W Poznaniu, bo właśnie wystartowały tam dwie genialne wystawy. Pierwsza, na którą czekałam niemal rok, to „Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst” w Centrum Kultury Zamek. Fridy Kahlo nikomu, jak mniemam, przedstawiać nie muszę, pozwolę więc sobie przytoczyć zapowiedź wydarzenia ze strony organizatora: jest to pierwsza i jedyna w Polsce wystawa Kahlo i Rivery, wzbogacona o mało znany polski wątek w życiu artystów. Tytułowy kontekst tworzą z jednej strony bardzo bliskie relacje artystów z autorkami o polskim pochodzeniu (Bernice Kolko i Fanny Rabel), z drugiej zaś obecność obrazów Kahlo i Rivery oraz grafik Fanny Rabel na Wystawie Sztuki Meksykańskiej w 1955 roku w Polsce. Wystawę można oglądać do końca stycznia przyszłego roku.
Druga wystawa, „Björk Digital”, którą będzie można zobaczyć w Starym Browarze, przywędrowała do nas z daleka, bo aż z Islandii, a jej autorką jest, surprise, surprise, Björk. Artystka znana z fascynacji nowymi technologiami oraz z bezpardonowego łamania konwenansów na pewno pokaże pazur i znów nas czymś zaskoczy. Dość powiedzieć, że jej ostatni album, „Vulnicura” z 2015 roku, można było przemierzyć i wysłuchać w goglach VR, był to zresztą pierwszy tego typu krążek w historii muzyki. Tak więc owszem, mam wobec pani Guðmundsdóttir, jej wystawy oraz nowego krążka, który ma się ukazać niebawem [?!] spore wymagania. Wystawa potrwa do 31 października 2017 roku.
#4. CO OGLĄDAĆ?
Na pewno nie: „Botoks” Vegi. Ten film daje raka, powoduje ślepotę i samospalenie mózgu. Z rozpaczy. 0/10
Na pewno tak: „Fantastyczna kobieta” i „Twój Vincent” (otwarcie przyznaję, że jeszcze nie oglądałam, więc ocenić nie mogę, ale widziałam trailery, czytałam recenzje i jest potencjał)
Na pewno tak, choć mogą już nie grać w kinach: „The Square” (mistrzostwo, 10/10, chyba najlepszy film jaki widziałam w tym roku)
No i przypominam, że w Warszawie do 22 października trwa Warszawski Festiwal Filmowy – prawdziwa uczta dla kinomanów, wydarzenie dzięki któremu zobaczycie mnóstwo świetnych, festiwalowych filmów, z których większość prawdopodobnie nigdy więcej nie pojawi się na ekranach polskich kin. Tak więc – jeśli mieszkacie w stolicy albo macie blisko do Wawy, wpadajcie, bo warto.
Ach, no i Martę. Martę Frej. Bo trzeba.
#5. CO PIĆ?
Niezmiennie – gorącą, ale nie wrzącą wodę z cytryną, imbirem i miodem. Rozgrzewa, poprawia nastrój, uodparnia, zabija wolne rodniki, wzmaga popęd, również (a może przede wszystkim) ten intelektualny…
Miłego!
Fot. Son Lux – „Dream State” (Official Lyric Video)
Fot. Björk, „Vulnicura”