Trening w grupie, czyli Wyższa Szkoła Pierdolnięcia

trening-w-grupie-malvina-pe

Nie jestem fitnessowym guru, nie mam też bogatego CV, jeśli chodzi o różnego rodzaju sportowe zajawki.  Jako dzieciak trochę pykałam w kosza [no co, Muggsy Bogues też jest niski], chodziłam przez miesiąc na Kyokushin Karate [ichi, ni, san, shi, go…], a z początkiem studiów zapisałam się na basen, bo jakiś wuef trzeba było zaliczyć. Świadomie zaczęłam uprawiać sport dopiero po obronie pracy magisterskiej. Zaczęło się od siłowni, później doszło bieganie, a rok temu wjechał CrossFit. No i powiem Wam, drogie dzieci, że co byście na ten „lansiarski” CF nie mówili, to właśnie on nauczył mnie, że żodyn, powtarzam ŻODYN trening wykonywany w pojedynkę nie daje takiej satysfakcji, takiego pierdolnięcia i nie mobilizuje tak bardzo do przekraczania własnych granic i do progresu, jak trening grupowy. A teraz do rzeczy.

AROOOOOOOOOO!!! madafakers.

Tekst powstał w ramach współpracy z marką Reebok

 

Wyobraź sobie, że masz ochotę zdechnąć. Pot dosłownie zalewa Ci oczy, spływa przez brwi, osiada na rzęsach, drażni białka, skapuje na podłogę, dokładając swoje trzy grosze do kałuży, w której leżysz. W ustach czujesz smak krwi, każdy fragment Twojego ciała błaga o przerwę. Myślisz sobie: „dam radę”, ale wciąż leżysz. Cierpisz. Chce Ci się wymiotować. Bardzo możliwe, że gdybyś był w tym momencie sam, po prostu stwierdziłbyś: „Kurwa mać. Przecież dałem z siebie wszystko. Więcej nie mogę”. I to by było na tyle.

 

„Dasz radę” vs „napierdalaj”

 

Sęk w tym, że w sportach typu Boot Camp czy CrossFit, gdzie trenujesz na własny rachunek, ale w grupie, nigdy nie będziesz sam. Stoi nad Tobą kilkanaście osób, które obserwują, jak walczysz ze sobą. Ty wiesz, że oni patrzą, oni wiedzą, że jesteś o krok od poddania się. Więc krzyczą, tupią, a jak trzeba, podnoszą Cię za fraki i wrzeszczą: „Co to za wakacje? Napierdalaj!”. Ich „dasz radę” to nie jest słodkie pierdzenie z filmików Chodakowskiej. Nikt Cię za rączkę nie trzyma, ale każdy w Ciebie wierzy. Oni wiedzą, że jesteś w stanie dokonać niemożliwego – powstać z martwych [podłogi] i dokończyć tę cholerną rundę, bo sami dosłownie przed chwilą zrobili to samo. Więc wstajesz, robisz, a potem padasz ujarany jak Laska z „Chłopaki nie płaczą”, bo po raz kolejny przesunąłeś granice swoich możliwości, choć byłeś święcie przekonany, że już bardziej się nie da.

Przeżyłam to. Raz. To było jakoś późnym latem, niecały rok temu. Hero WOD „Wittman”, czyli jeden z wyjątkowo trudnych treningów na cześć jednego z poległych w Afganistanie żołnierzy. Po zeskalowaniu ciężaru [dostosowaniu go do moich możliwości] i przeliczeniu skalowania na liczbę powtórzeń wyszło mi, że w jednej rundzie muszę zrobić  57 power cleanów [zarzutów na ćwierćprzysiad], do tego kilkadziesiąt wymachów kettlem [specjalnym odważnikiem z uchwytem] i tyle samo box jumpów [wskoków na skrzynię]. Rund było siedem. Po piątej myślałam, że rzygnę. W szóstej się popłakałam, nikt nie zauważył. Kiedy zaczynałam siódmą, wszyscy już skończyli. Część osób zabrała się za sprzątanie sali, ale kilku kumpli otoczyło mnie, choć sami ledwo stali na nogach. „Wybijaj gryf bardziej z bioder” – powiedział Tomek, kiedy półprzytomna robiłam 345 power cleana. „Spierdalaj” – jęknęłam i rzuciłam sztangę na podłogę. Wtedy do akcji wkroczył Sebastian: „Ile ci jeszcze zostało?” – zapytał. „Jakieś 55 powtórzeń” – odpowiedziałam. „To rób po jednym” – zarządził i stał tak nade mną, dopóki nie skończyłam. Nie pozwolił mi odpuścić. Gdyby nie on, już dawno poszłabym do domu. 

 

Go hard or go home

 

To był mój drogi Hero WOD w życiu. Przerzuciłam wtedy 12 840 kilogramów – prawie 13 ton. Zrobiłam kilkaset box jumpów i kilkaset wymachów kettlem. Moje obojczyki tuż po WOD-zie wyglądały tak:

a po kilku godzinach przybrały kolor śliwki węgierki.  Dochodziłam do siebie przez cztery dni. Co mi to dało? Wymiernie – nic. Moja sprawność nie wskoczyła cudownie na kolejny poziom. Nie zostałam bohaterem odcinka. Nie pobiłam żadnego rekordu, nie zrobiłam życiówki, jak w maratonie. Po prostu zrealizowałam kolejny trening. Trening na skraju moich możliwości. Zrozumiałam, że nigdy do końca nie wiesz, jak wiele jest w stanie znieść Twoja głowa i Twoje ciało, dopóki nie spróbujesz. I tu, stety lub nie, ogromną rolę odgrywa czynnik ludzki.

Wiadomo, że nie każdy WOD to napierdololo na granicy odcięcia – czasami chodzi po prostu o to, żeby mieć porównanie: skoro inni dają radę, to ja też mogę. Skoro Piotrek jeszcze pół roku temu nie potrafił stanąć na głowie, a dziś robi pompki w staniu na rękach, to znaczy, że można.  Skoro Agata podniosła ostatnio 90 kilo w deadlifcie a waży mniej niż ja, to znaczy, że ja też mogę dojść do takiego poziomu. Czasami trzeba zobaczyć rezultaty u innych, żeby można je było zwizualizować u siebie.

 

Baw się

 

Jak to powiedział kiedyś kolega z boxa: „Wspólny wpierdol jednoczy”. I miał rację.

Wspólne pokonywanie własnych słabości jest silnym, nierzadko wręcz „mistycznym” przeżyciem, które sprzyja budowaniu i umacnianiu więzi. Z czasem zaczynasz przychodzić na trening nie tylko po sport, ale też po to, żeby spotkać się ze „swoimi”, przybić piątkę, wypocić przez godzinę wszystkie frustracje, a potem skoczyć na piwo/burgera/sok z marchewki i pogadać.

Dla biegaczy taką oficjalną okazją do spotkań w większym gronie są wszelkiego rodzaju biegi na dychę, sztafety, półmaratony, etc. Dla wielbicieli fitnessu – maratony fitness. Dla tancerzy – zawody taneczne. A dla zapalonych crossfiterów – CrossFit Games.

Pomyślcie, co by było, gdyby tak połączyć siły, zgarnąć ludzi zajawionych na różne dyscypliny sportu, od jogi, przez pilates, zumbę, spinning, gimnastykę, sztuki walki, body-pump, boot camp, crossfit iiiiiiii tak dalej i zaproponować im wszystkim w jednym miejscu i czasie wspólny pot, krew i łzy? Czyż nie byłoby wspaniale?

Tak się składa, że na ten pomysł wpadł jakiś czas temu Reebok, który już 7 czerwca na warszawskim Torze Wyścigów Konnych Służewiec organizuje Reebok Fitness Camp. Osiem godzin, ponad 20 różnych treningów, wataha doświadczonych trenerów i tysiące ludzi zajawionych na sport i wspólną zabawę w jednym miejscu.

Widzę potencjał. Być może właśnie dlatego powiedziałam do M. ponad miesiąc temu: „Musimy na to iść!”, jeszcze zanim Reebok zaprosił mnie do współpracy :)

Więcej info o wydarzeniu znajdziecie tu http://reebokfitnesscamp.pl, możecie też zaczekać na kolejny tekst, w którym opowiem nieco więcej o RFC. Relacja „po” też będzie. A tymczasem…

Expect unexpected.

0 Like

Share This Story

Trening
  • Brzeska

    Bo chodzi o to by od siebie nie upaść za daleko, więc się da!

  • http://kamiltimoszuk.pl/ Kamil Timoszuk

    Brawo za Wittmana :)

    • http://www.malvina-pe.pl/ Malvina Pe.

      Dziękuję :)

  • http://www.kubaosinski.eu/ Kuba Osiński

    Ja mam tak z bieganiem. Jak widzę kogoś słabnącego na trasie to zawsze coś krzyknę staram się podholować. Bo dla mnie ktoś to zrobił na pierwszym maratonie i tak się próbuję odwdzięczyć. Bo o to w tym wszystkim chodzi tak naprawdę. Żeby się sponiewierać i zmotywować innych :)

    • http://www.malvina-pe.pl/ Malvina Pe.

      Szacun! Ja też zawsze kogoś poklepię na zawodach w plecy albo pociągnę za rękę, jak widzę, że przechodzi w marsz, a chce biec. Dobro wraca – przekonałam się o tym po ostatnim biegu na dychę… ;)

    • http://agatamusz.com/ Agata Muszyńska

      :) Ja też staram się dopingować, klepnę w ramię i mówię „dawaj, dawaj!”, najlepsza nagroda to czyjeś „dzięki!” i przyspieszenie. Jest moc. :)

      • http://www.kubaosinski.eu/ Kuba Osiński

        O to właśnie chodzi! O tę moc!

  • JOKER

    Motywacja jest ważna. Trenuję kolarstwo szosowe. Mniej lub bardziej zaawansowana amatrorka. 4-5 razy w tygodniu siedzę na rowerze. Zwykle wychodzi między 8 a 11 godzin łącznie. Czasem startuję w jakichś amatroskich wyścigach, czasem jeżdzę w grupie z takimi samymi wariatami. Wiem co to dać sobie wycisk i nie raz na stromej, kilkukilometrowej „sztajfie” (tak kolarze nazywają podjazdy) miałem mroczki przed oczami, odcięcie i odruch wymiotny . Zgadzam się, ze zdecydowanie najłątwiej jest się do tego doprowadzić jadąc w wieloosobowej ekipie, gdzie zawsze są lepsi, którym chce się przynajmniej dorównać. Samo się jedzie i tylko rzut oka na pulsometr uświadamia, że podjazd zaczęty chyba za mocno w połowie długości „zje” mnie i jeszcze paru innych.
    To co opisujesz faktycznie, pod względem efektywności treningu, NIC NIE DAJE. Największe przeciążenia wedłóg mądrych trenerów, od pewnego momentu nie powodują poprawy wyników w przyszłości, a jedynie uszkodzenia tkanek, albo i poważne kontuzje. Trzeba z tym ostrożnie. Owszem, trening na granicy własnych możliwości ma pewne zastosowanie, ale trzeba to robić bardzo z głową.
    Natomiast na pewno niezaprzeczalna zeleta to „kop psychologiczny”. Po czymś takim każdy mniejszy wysiłek wydaje się dużo łatwiejszy. Bo zna się swój punkt odniesienia.
    Uważaj na siebie!

    Tomek

    PS: Gratuluje bloga

    • http://www.malvina-pe.pl/ Malvina Pe.

      Tomek,

      Dzięki za wartościowy komentarz. I za P.S. ;)

      Pozdrawiam,
      Pająk

  • S

    Ja od paru lat trenuje BJJ. Zgodzę się z Tobą, że można przekraczać swoje pewne granice ale do tego trzeba być naprawdę bardzo doświadczonym sportowcem i trzeba mieć wytrzymałe mięśnie, które trzymają wszystkie stawy „na swoim miejscu”. Ja przez ostatnie 5 miesięcy mając więcej wolnego czasu poświęciłem się treningom. Trenowałem po 6-8 razy w tygodniu. Dwa razy dziennie to była norma. Crossfit na rozgrzewkę, żaden problem, 150 pompek, 150 przysiadów i 150 brzuchów na czczo robiłem w czasie poniżej 9 minut. Niestety nie zagwarantowałem sobie odpowiedniej ilości wypoczynku bo sypiałem po 4-5 godzin dziennie. 6 godzin to było dużo. Skończyło się kontuzją oczywiście i teraz pozostaje mi tylko basen i delikatna gimnastyka. Przynajmniej przez kolejny miesiąc. Konkludując, lepiej trenować umiarkowanie i regularnie (i przede wszystkim z głową) niż się zajeżdżać bo zdrowie ma się tylko jedno a udowadnianie czegoś komuś czy samemu sobie to tylko chora ambicja.

  • Sowińska

    Droga Malvino! Na Twojego bloga trafiłam jakiś czas temu. Muszę Ci ze swojej strony napisać, że bardzo mi się podoba, że propagujesz swoją pasję i zamiłowanie do sportu, zamiast – jak to bywa na wielu blogach – samą siebie (mnóstwo zdjęć z wypietym tyłkiem, świecącym cyckiem pokazywane aby podnieść sobie samoocenę). Szacun! Ja na crossfit się nie nadaję, bo mam problemy z kolanem (unikam wysokich skoków i ćwiczeń z dużym obciążeniem), ale w Krakowie uczestniczę w treningach Group Training. Muszę przyznać żę Twój wpis dokładnie opisuje to, co się dzieje na tych treningach :) Gdybyś chciała zobaczyć, co się robi na naszych zajęciach, to na fb Group training są filmiki;) Ja polecam każdemu trening tego typu (wliczam oczywiście CrosFit, choć sama średnio się na niego nadaje) – większą satysfakcję daje tylko przekroczenie linii maratonu :) Pozdrawiam serdecznie! :)

  • http://magdalenagrzenkowicz.tumblr.com/ Magda

    Dziękuję Ci za ten wpis. Zmotywowałaś mnie, żeby spróbować.
    :)