Rzeźniczek 2016, czyli jak postanowiłam zostać ultrasem

Ostatni zbieg, do mety zostały jakieś trzy kilometry. Nogi dosłownie wchodzą mi w dupę, stopy parzą, obtarte od źle dobranego plecaka ramię piecze, a ja lecę, frunę wręcz, unosząc się kilka metrów nad ziemią. Zegarek pokazuje 3:15 min./km – zapieprzam w tempie niemalże kenijskim, nie wiem, czy śmiać się czy płakać. Wszystko tak bardzo boli. A ja jestem tak bardzo szczęśliwa. Oszalałam? Nie. Po prostu odkryłam, co tak naprawdę mnie w tym całym „biegactwie” kręci.

 

Wiecie, nigdy nie byłam jakąś wielką fanką gór. Morze, ocean – to było to, co pajonki lubią najbardziej. Dzień na plaży, truchtanie o zachodzie słońca i melanż nocą – taki miałam patent na udane wakacje. Aż któregoś dnia wpadła mi w ręce książka „Szczęśliwi biegają ultra” Magdy i Krzyśka Dołęgowskich, zresztą jedna z pierwszych o bieganiu, które przeczytałam. Gdzieś na 149 stronie pomyślałam sobie, że takie zawody w Tatrach czy innych Sierra Nevada to musi być coś. Jakieś 100 stron później byłam już zapisana na Rzeźniczka – 28-kilometrowy bieg po Bieszczadach, który odbył się raptem kilka dni temu i już na zawsze…

Dobra, po kolei.

 

PIERWSZE STARCIE Z GÓRAMI

 

Górskie bieganie nie było mi kompletnie obce, bo – jak zapewne pamiętacie – w lutym tego roku po raz pierwszy w swoim życiu pojechałam na obóz biegowy w Beskidy. Tam zrozumiałam, że góry to żywioł, którego człowiek nigdy nie okiełzna i prawdopodobnie nigdy w pełni nie pojmie. Tam dowiedziałam się, co znaczą prawdziwe zakwasy, prawdziwy ból i prawdziwa wola walki. Tam też dotarło do mnie, że bieganie po asfalcie nijak się ma do górskiego biegania – to kompletnie inny rodzaj wysiłku, który wymaga zupełnie innego nastawienia, myślenia, a przede wszystkim – przygotowania. To trochę tak, jakby porównać twórczość Warhola i da Vinci. Niby i to sztuka, i to sztuka, ale przepaść w poziomie kunsztu, warsztatu i zaangażowania jest ogromna. I jeśli obóz biegowy w jakikolwiek sposób zaintrygował mnie górskim bieganiem, tak ostatni weekend w Bieszczadach zdecydowanie ukierunkował moje przyszłoroczne plany biegowe.

Tak, Kochani. Zamierzam zostać ultrasem. Ale znów – po kolei.

 

GDY CI SMUTNO, GDY CI ŹLE…

 

W Bieszczady jechałam kompletnie bez planu. Nie tylko na bieg, ale w ogóle: na siebie, na życie… Wpadłam w jakiś taki letarg, czas trudnych i bolesnych zmian, które – zamiast dać mi powera do działania, zaczęły ciągnąć mnie w dół, przytłaczać, pogrążać. Z jednej strony czułam, że powoli zapadam się i tonę, z drugiej – nie miałam pomysłu na to, jak zażegnać kryzys, więc po prostu wegetowałam, bardzo często kontemplując sufit w pozycji horyzontalnej albo ścianę – w embrionalnej.

Anyway, w nocy przed planowanym wyjazdem napisałam kumplowi, że rezygnuję. Odpisał tylko: Widzimy się jutro na parkingu. Rano po prostu wstałam, spakowałam rzeczy i stawiłam się w umówionym miejscu. Nie wiedziałam nawet, czy chcę jechać. Wiedziałam tylko, że nie chcę się poddawać. Nie tak. Nie teraz.

Ruszyliśmy.

 

…WEŹ PRZYJACIÓŁ, ZABAW SIĘ

 

Było nas łącznie trzynaście osób, z czego sześć (trzy pary) startowało w Rzeźniku (82 km), cztery w Rzeźniczku (28 km), a reszta przyjechała kibicować i wspierać biegnących.

„Rzeźniki” startowały o trzeciej nad ranem z czwartku na piątek, „Rzeźniczki” – w sobotę o ósmej rano, tak więc ja i reszta krótkodystansowców mieliśmy okazję obserwować przygotowania naszych przyjaciół do zmagań z dystansem ultra, ale też zobaczyć ich w akcji na przepakach (czyli w tzw. punktach kontrolnych) i przekonać się na własne oczy, jak kurewsko trudny, bolesny i wymagający jest Rzeźnik. Widzieliśmy i krew, i pot, i łzy (dwie spośród trzech startujących par nie ukończyły biegu przez kontuzje), ale też wielką radość po przekroczeniu linii mety i podniecenie na kilka godzin przed startem, kiedy wieczorem w Cisnej, już po odebraniu pakietów startowych, leżąc na trawie słuchaliśmy kultowego już zespołu Wiewiórka na Drzewie i ich nie mniej kultowego w środowisku ultrasów kawałka „Ofiarom Tenera Klausa”.

Wtedy, tam, w tych promieniach zachodzącego słońca, na górskiej polanie, otoczona przez setki osób połączonych jedną wspólną pasją, poczułam się na nowo wolna, szczęśliwa, „na swoim miejscu”. Pomyślałam sobie, że mam ogromne szczęście być TU i TERAZ z tak wyjątkowymi ludźmi, którzy mają w sobie na tyle silnej woli, samozaparcia i miłości do biegania, by obudzić się w środku nocy i na własne życzenie biec przez kilkanaście godzin – najpierw w ciemnościach, a później w palącym słońcu, siekącym deszczu, z góry, pod górę, pod wiatr, na przekór wszystkim przeciwnościom losu.

Wtedy też po raz pierwszy poczułam, że chcę czegoś więcej. Chcę być jak oni.

 

OFIAROM PRZEROSTU AMBICJI

 

Zgodnie z rozkazem trenera, Rzeźniczka miałam po prostu przebiec. Nie byłam totalnie przygotowana do biegania po górach, bo wszystkie treningi (poza tygodniowym obozem w lutym 2016), które robiłam od czerwca 2015 do maja 2016 ukierunkowane były na biegi stricte uliczne. Rzeźniczka biegłam niecałe dwa tygodnie po maratonie w Krakowie, półtora miesiąca po zrobieniu życiówki w Dębnie, pięć tygodni po zrobieniu życiówki na 10 km i trzy tygodnie po zrobieniu życiówki na 5 km – umówmy się, byłam dość mocno wyeksploatowana.

Chciałam, naprawdę chciałam podejść do tego biegu rozsądnie. Nie spinać się. Po prostu przebiec, podziwiając uroki przyrody… Zresztą, kogo ja oszukuję? Od początku wiedziałam, że będę nakurwiać ile fabryka dała ;) A ostateczny zew przygody poczułam w kolejce, która z samego rana wiozła nas na miejsce startu.

Rozejrzałam się dokoła i pomyślałam sobie, że jest zbyt pięknie, by nie spróbować wycisnąć z siebie ostatnich soków. No co ja Wam poradzę. Już tak mam. 

rzezniczek-2-16-malvina-relacja

 

DRUGIE STARCIE Z GÓRAMI 

 

Ruszamy.

Biegnę z kumplem i jego znajomymi, których spotykam na 10 minut przed startem. Wspominają coś o łamaniu trzech godzin. Domyślam się, że to poza moim zasięgiem, ale mimo wszystko zaczynam z nimi. Od początku narzucają mocne tempo – 4:30-4:40 min./km. Poddaję się po około dwóch kilometrach z (uwaga!) rozsądku. Wiem, że pierwsze kilka kilometrów po asfalcie to czas, żeby nadrobić to, co potem stracę na podejściach i podbiegach, ale mimo wszystko nie chcę się spalić na samym wstępie, zwłaszcza, że słońce zaczyna grzać w czerep. Zwalniam do około 5:00 min./km. Pierwsze podbiegi pojawiają się szybko, tuż po trzecim kilometrze. Początek jest trudny, bo ciało nie przywykło do tego typu wysiłku, ale już po 2-3 km przyzwyczaja się. Łapię rytm i na 10 kilometrze czuję się, jakbym biegła po asfalcie – czytaj: komfortowo.

Szesnasty kilometr, wpadam na przepak. Izo? – pytam dziewczyny rozdającej zawodnikom kubeczki z płynami, ta przytakuje, więc wychylam zawartość do dna i sięgam po drugi, tym razem z wodą. Upijam łyk, resztę wylewam sobie na głowę, straszny skwar dzisiaj. Przede mną jakieś dwanaście kilometrów, w tym dwa strome podejścia – „ściany” po kilkaset metrów. Ruszaj, Malwa, jesteś dziewiąta! – krzyczy ktoś. Nie wierzę. Miałam w planach krótki odpoczynek, ale po takim newsie ani myślę się zatrzymywać. Ruszam. Przede mną najtrudniejszy odcinek trasy. Nie czuję strachu ani zwątpienia, wręcz przeciwnie – jestem podekscytowana.

Zapał mija po jakichś 200 metrach. Zaczyna się jedno z najbardziej skurwiałych podejść, z jakimi miałam do czynienia. Jeszcze nie wiem, że za dwa kilometry będzie drugie. Gorsze. Mimo wszystko jestem z siebie niesamowicie dumna. Dopiero teraz widzę, jak dużo dał mi obóz biegowy – na zbiegach puszczam się jak zła, zostawiając daleko w tyle kozaków, którzy wymijali mnie w drodze pod górę. Wiem, że tu tkwi moja przewaga i staram się ją wykorzystać za każdym razem, gdy droga wiedzie w dół. Jestem cholernie zmęczona, a jednocześnie podekscytowana. Nie mam pojęcia, co czeka za następnym drzewem, za następną górką. Ta nieprzewidywalność mnie pociąga. Jest taka… taka bardziej ludzka. Bliżej człowieka i jego pokrętnej natury niż asfalt.

Ostatnie kilometry. Wbiegam na połoninę. Słońce praży, zalewając zieleń trawy złotym blaskiem. Jest absolutnie cicho. Trzech biegaczy, z którymi ścigałam się do tej pory, zostawiłam za sobą. Przede mną tylko las i kilka drgających, kolorowych punktów w oddali – to ci najszybsi. Lecę, unosząc się nad ziemią, zgrabnie omijając kamienie i dziury. Bądź zwinna jak sarenka, mądra niczym sowa, lotna jak jastrząb i waleczna niczym lwica – w uszach ni stąd ni zowąd dźwięczą słowa dziadka – mężczyzny, który przez całe życie był mi bliższy niż ojciec. Czuję ukłucie gdzieś tam, po lewej stronie. Żal ściska gardło, oczy pieką. Przyspieszam.

Ostatni zbieg, do mety zostały jakieś trzy kilometry. Nogi dosłownie wchodzą mi w dupę, stopy parzą, obtarte od źle dobranego plecaka ramię piecze, a ja lecę, frunę wręcz, unosząc się kilka metrów nad ziemią. Zegarek pokazuje 3:15 min./km – pędzę w tempie niemalże kenijskim, nie wiem, czy śmiać się czy płakać. Wszystko tak bardzo boli. A ja jestem tak bardzo szczęśliwa…

Finiszuję jako 9. w swojej kategorii wiekowej i 14 spośród niemal 400 startujących kobiet. Jak na debiut w górach, tragedii nie ma. 

 

BIEGACTWO

 

Szybkość, balansowanie na granicy bólu i euforii, przełamywanie własnych ograniczeń – to znałam już z biegów ulicznych. Ale siła gór, ich dzikość, nieprzewidywalność i sposób, w jaki mobilizują mnie do dalszej walki – to jest coś, czego przedsmak miałam na obozie biegowym, a co poczułam w pełni dopiero kilka dni temu, biegnąc Rzeźniczka. Bo chyba o to właśnie w tym całym bieganiu (i w ogóle, w życiu) chodzi. O jeden krok dalej.

By być bliżej. Mocniej. Bardziej.

IMG_6203

0 Like

Share This Story

Damsko-męskie
  • PannaJoanna

    A Ja powiem tylko tyle,ze na pierwszej focie jestes piekna. Piekna usmiechnieta i radosna,swietne zdjecie :) pozdrawiam i milego dnia :)

    • S.

      Prawda. Do tego fajna fryzura ;-)

  • Gratulacje! Podziwiam samozaparcie i ambicje. :)

  • Saling

    Pięknie :) Malvina masz Buziaczka :*

  • Anna Świąć

    być i życ mocniej. Tak.

  • Tekstualna

    Podziwiam Cię, czytałam z zapartych tchem, wielkie gratulacje! <3

  • Marta

    Podziwiam Cię, za wytrwałość, walkę i pomysł na siebie. I za to ,że znalazłaś sposób na to, żeby się poskładać, ja jak na razie jestem w milionie kawałków i ni cholery nie wiem jak je zebrać do kupy

  • „Zresztą, kogo ja oszukuję? Od początku wiedziałam, że będę nakurwiać ile fabryka dała” – potwierdzam, tak było! ;)

  • Malv, jesteś mega motywatorem i do ultra pewnie nie dojdę, ale i tak przez Twoją zajawkę biegową zaczęłam zakładać buty i wychodzić biegać

  • m.

    Malw jesteś najlepszą motywacją do ruszania dupy ;)

  • Bieganie jest mi całkowicie obce, ale Bieszczady to moja życiowa miłość :) W zupełności wystarcza mi tam chodzenie, więc szacun za bieg!

  • Nelowa

    Gratulacje Malv! Jestes najlepsza!!!

  • Malw

    Gratuluję, świetny wynik :)

    PS Ale jak ultra? Rzeźniczek, to nie ultra :(

    • Dziękuję :)

      P.S. Postanowiłam zostać ultrasem PO PRZEBIEGNIĘCIU Rzeźniczka. Czytajcie ze zrozumieniem, proszę :)

  • Wiesz co. Jak sie wyciągnę z anemii (how could this happen?) czyli stanu, kiedy nie potrafie przebiec trzech kilometrów – kurde spróbuje!

  • Wojtek R

    Gratulacje i respect ;) Fajny tekst.

  • aknA

    Łooo pani! Taki wynik w bieganiu w terenie i na wysokości? Brawo! I jak ładnie płuca można przeczyścić powietrzem pozawarszawskim ;) Tak czytam, czytam i… zajebiście żałuję, że nie mogę biegać. Ale mówi się trudno, są inne aktywności by być, jak to napisałaś: „mocniej” i „bardziej”.

  • Pi

    :)

  • Przemysław Kwiatkowski

    Cześć.
    Gratuluję wyniku i zaangażowania!
    Czy mogłabyś napisać kilka słów na temat tego co dokładnie dał Ci obóz biegowy w kwestii wspomnianej „przewagi”?

    • Nauczyłam się zbiegać i przede wszystkim przełamałam strach przed zbieganiem z góry na tzw. „pełnej kurwie” ;)

  • S.

    Brawo ;)

  • Ogromny szacun! ;)

  • Anna

    Cholera, wracam do biegania. Jakby cię czasami w serduchu zakuło, to wiedz, że gdzieś tam w lesie ktoś wypruwa sobie żyły i przeklina cię w wyrafinowanych słowach :D

  • sink.zodiac

    Wow, mega motywujący wpis – aż chce mi się podnieść tyłek i biegać, mimo że leczę kontuzję :P. Dzięki!

  • Bardzo fajny tekst. I piszę to ja, nieskory do wyrażania pochwał.
    Gratuluje sukcesu, wyniku i miejsca.
    Nigdy nie biegałem w górach, czy po górach, ale od pewnego czasu czuję taką ciągote. Chyba potrzebuje coś zmienić w swoim bieganiu. Poza tym chciałbym zobaczyć, poczuć jak to jest.
    Podłączę się do sekcji pytań.
    – czyli pod górę spokojnie, z góry na maksa? To ogólna teoria, czy tylko do biegania w górach?
    – buty, które trzymasz na zdjęciu, to obuwie do biegania górskiego? Wydają mi się nieco delikatne. Chodzi mi o podeszwę. Czy w ogóle używasz innego obuwia do biegania, nazwijmy miejskiego i górskiego?

    • Dziękuję.

      Pod górę się podchodzi (tylko największe harpagany podbiegają, a i to nie zawsze, bo trzeba rozsądnie mierzyć siły na zamiary), zaś z góry – zbiega, ale tak, żeby nie hamować podświadomie, bo sobie w ten sposób masakrujesz czwórki i kolana. Chodzi o to, żeby się „puścić”. Oczywiście musisz patrzeć pod nogi, ale jak już opanujesz tę sztukę, jesteś w stanie rozwinąć niesamowitą prędkość i nadrobić straty z podejść.

      Buty, które trzymam na zdjęciu, to Salomony Speedcross 3 przeznaczone do biegania stricte po górach i one akurat mają bardzo agresywny bieżnik. Nie da się biegać po górach w butach do asfaltu. To znaczy pewnie się da, ale na pewno jest wtedy większa szansa kontuzji/wypadku, bo „asfaltówki” nie mają odpowiedniego bieżnika do górskich warunków.

      • fitz

        Zależy od trasy – jakieś szutry/ścieżki – spokojnie obleci się w asfaltówkach – ale cokolwiek wymagająca trasa to proszenie się o kuku. Na zimowym Icebugu na ostatnim zbiegu mijałem gościa w jakichś asfaltówkach. Na odcinku 200-300 metrów leżał chyba 3 razy. Speedcrossy z kolei są fajne – ale np. na skałach trzymają bardzo słabo.

        Równie ważne jest dopasowanie butów – inaczej zaczyna się zabawa w „pokoloruj paznokcie biegacza”.

  • Monika Sabat

    Mega :)
    super sie czyta i gratuluje wyniku!

  • Yerzu

    No i masz, teraz po twoim tekście trzeba będzie zweryfikować przyszłoroczne plany biegowe by poczuć tę dzikość, nieprzewidywalność oraz wolność w biegach górskich.
    Podziękował.

  • Contempt

    Zazdroszczę Ci. Już nawet nie samozaparcia, nie zajebistych wyników i nie pokonywania kłód pod nogami.
    Zazdroszczę Ci pokonywania bólu, tego, że nauczyłaś się go oswajać. To wielka sztuka i trudna do nauczenia się.

  • Ania B.

    Wspaniały tekst i niesamowite osiągnięcie! Dzięki Tobie uzmysławiam sobie, że to właśnie takie chwile dają prawdziwe szczęście i poczucie spełnienia w życiu. Najczystsza i najpiękniejsza pasja! Gratuluję nie tylko wyniku, ale przede wszystkim odnalezienia tego własnego miejsca na świecie. Już masz bieganie i góry, a cała reszta jakoś się ułoży :)

  • mucha

    Uwielbiam Cię! Chcę, żebyś o tym wiedziała.

    Za każdym razem łapiesz mnie w swoją pajęczynę.

    Umiejętność inspirowania ludzi to niesamowity dar. Cieszy mnie, że tak mądrze go wykorzystujesz.

    Love.

  • Uzależniająca postać bólu poznałam dopiero w trakcie tańca na rurze. Kiedy nic mnie nie boli, a na moim brzuchu, pod pachą, a nawet na cyckach nie ma siniaków – nie jestem sobą. A raczej nie czuje sie sobą. Cóż, chodze w krótkich spodenkach mimo ze wyglądam jak ofiara przemocy domowej ale juz mnie to nie rusza ^^

  • Elisabeth

    Malwina,jesteś fantastyczną kobietą.Jest w Tobie tyle pasji i determinacji w tym co robisz,że nawet przymrużam oko na małe”niestosowne”słowa które się pojawiają(strasznie nie lubię używania publicznie niecenzuralnych słów).No,ale może one w najprostszy sposób wyrażają emocje i dodają pikanterii.Masz w sobie coś,co innym daje siłę i pozwala podnieść się.Mają dobrego motywatora,osobę godną naśladowania by móc coś osiągnąć.Czytam Cię z ogromną przyjemnością i czekam na kolejne teksty.

  • Aska

    szkoda, że nie wiedziałam, ze będziesz w moich okolicach. fajnie byłoby Cię poznać. gratuluje wyniku i samozaparcia ;)

  • ładna jesteś.