Kobieta lubi, jak ją boli

Siedzimy w kuchni nad trzema sałatkami i zieloną herbatą. Wina nie ma, wino już niemodne. Dziś piękni trzydziestoletni piją tylko Pu-Ehr, wodę z Britty oraz świeżo wyciskane soki z marchwi. Nasze ciała to fit świątynie od czterdziestu pięciu dni nieskażone etanolem, o czym komunikujemy w soszjal midjach z nabożnością randomowego radiomaryjczyka. Celebrujemy własną zajebistość, przypalając co drugi piątek zioło albo łykając kwasa, który przenosi nas na wyższy poziom chuj-wi-czego, ale fajnie jest myśleć, że jest się ponad to, czymkolwiek „to” by było. Mamy swoje koty, psy, mieszkania na kredyt z pokojem przechodnim i z przechodnim mężczyzną, ale teraz siedzimy tu, w kuchni u M., na krzesłach z Ikei, nad sałatkami z kurwa kiełków, trufli i roszponki oraz nad wodą oligoceńską, świeć panie nad jej niskokaloryczną duszą. Trzy „silne niezależne kobiety” o szerokich uśmiechach i rozbieganych spojrzeniach. Ni to zabawne, ni żałosne.

Ale jakby tak spojrzeć z boku…

Jakby tak spojrzeć z boku, zobaczyłbyś trzy skulone dziewczynki, którym kiedyś rodzony ojciec przypierdolił prosto między oczy. Tej blizny nie widać, zbledła przez lata, ale my o niej wiemy. Podobnie jak miliony innych młodych kobiet w Polsce, którym tata zrobił kuku, a matka przyzwyczaiła, że takie kuku robione kobiecie to w sumie nic niezwykłego.  Siedź cicho i udawaj, że wszystko w porządku. Bo będzie tylko gorzej.

 

Tata 89’

 

Jestem z (mam nadzieję ostatniego) pokolenia dzieci, których ojców nie było albo byli boleśnie. Ojców nieświadomych własnego rodzicielstwa, wychowanych w duchu, że od dzieci, ścier i garów jest baba, a chłop to ma zarabiać. A poza tym ma mieć. Posprzątane. Podane do stołu. Podane do łóżka. Ojców, którzy najpierw, za komuny, nauczyli się kombinować, a później, za Wałęsy, dorabiać. Mężczyzn, których świat był czarno-biały, a system wartości sprowadzał się do trzech pojęć: ruchanie – praca – wóda, choć sami uparcie wierzyli w to, że centrum ich jestestwa stanowi rodzina – największa świętość, najwyższa monstrancja, ostatnie stadium hipokryzji.

Dziś większość tych mężczyzn podmaka na miejskich cmentarzach. Leży na OIOM-ie z przedwczesnym zawałem. Trzyma w szufladzie papiery rozwodowe jako jedyną pamiątkę po „kobiecie ich życia”, jednocześnie powtarzając kumplom od kieliszka, że „każda baba to kurwa”.

Mają przekrwione oczy, napuchnięte brzuchy i ciuchy typowego alimenciarza. Są uosobieniem mężczyzny, z którym żadna szanująca się kobieta nie chciałaby mieć nigdy nic wspólnego.

Nasi ojcowie.

Córka 2.0.

 

Nie prowadziłam badań, nie zamierzam generalizować – zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy ojcowie swoich 20-30-letnich córek nie potrafili stanąć na wysokości zadania. Ale faktem jest, że na palcach jednej ręki mogę policzyć znane mi młode kobiety, których ojcowie BYLI. Trzeźwi. Świadomi. Zaangażowani w ojcostwo. Odnoszący się z szacunkiem do swoich córek oraz do matek swoich dzieci.  Faktem jest też, że ojcostwo rozumiane tak, jak definiujemy je dzisiaj, ma niewiele wspólnego z ojcostwem lat 70-tych czy 80-tych ub. wieku.

Efekty widać jak na dłoni: w pokoleniu „wyzwolonych trzydziestoletnich”. Buntowniczek, które chciały pokazać zmaskulinizowanemu światu wielkiego faka, ale po drodze trochę im nie wyszło. Bo w domu nauczyły się walczyć co najwyżej z wiatrakami.

Dorastałyśmy w rodzinach z atrapą ojca i z teledyskami Hole w MTV. Słuchałyśmy Spice Girls albo Patti Smith, czytałyśmy Eve Ensler  i myślałyśmy, że też takie będziemy: twarde, drapieżne, niezależne. Patrzyłyśmy, jak nasze matki cierpią przez naszych ojców i myślałyśmy sobie: „Nigdy żadnemu mężczyźnie nie dam się tak skrzywdzić/zranić/sponiewierać. Nigdy nie pozwolę, by mężczyzna umyślnie sprawiał mi ból i cierpienie. By mnie nie szanował”. A potem wiązałyśmy się z ćpunami, alkoholikami, chłopcami o przeszywających spojrzeniach, którzy doskonale wiedzieli, jak sprowadzić dziewczynę do poziomu parteru. Raz, drugi, trzeci, dziesiąty – powtarzałyśmy ten sam błąd, pytając w kółko: dlaczego on mi to robi?

 

Królowe dramatu

 

Nauczone, że związek to cierpienie, łzy i poniżanie drugiego człowieka. Próba sił, w której zawsze jedna strona jest mniej lub bardziej podporządkowana drugiej.

Karmiące się bajkami o związku partnerskim, jednocześnie we własnych domach z własnymi mężczyznami prowadzące wojnę. Święcie przekonane, że na tym właśnie polega nasza niezależność: nie dać sobie wejść na głowę, podczas gdy dajemy sobie zasadzać kopa w brzuch.

Taka logika w spadku po PRL i tych wszystkich latach, kiedy kobieta traktowana była jako żebro Adama. Osoba niższej kategorii. Człowiek pozbawiony praw.

Ta nauka od pokoleń przebiegała dwutorowo. Z jednej strony – lekcja historii. Z drugiej – wychowanie do życia w rodzinie.

Trzeba być bardzo silną jednostką, żeby wyrwać się ze schematu. Albo po prostu trzeba dojść do ściany. I cegła po cegle, kamień po kamieniu, tę ścianę rozebrać. Przejść na drugą stronę i powiedzieć sobie: „No, to teraz w końcu mogę zacząć żyć”.

 

Kobieta lubi, jak ją boli?

 

No więc siedzimy we trzy, przy tym stole, nad tymi sałatkami i tą wodą oligoceńską. Bardzo nowoczesne, inteligentne, autoironiczne. I potłuczone. I myślimy sobie, że my w jakiś sposób jesteśmy lepsze, bo o krok dalej od tych wszystkich kobiet, które każdego ranka, wciąż i wciąż, budzą się z ręką w nocniku, pokrzywdzone i nieszczęśliwe, jak zacięta płyta powtarzając: „Czemu to mnie spotyka? Czemu on mi to robi? Co ja robię nie tak? Czy naprawdę nie ma już dobrych, normalnych mężczyzn na tym świecie?”. No kurwa są. Tylko że Wy ich nie widzicie. Nie chcecie i nie umiecie ich widzieć.

No więc siedzimy, we trzy, dowartościowane, bo my już wiemy, że takie jęczenie fajnie wygląda tylko w serialach.
Bo my już wiemy, że doszłyśmy do ściany.
Że trzeba tę ścianę rozebrać.

I póki co to by było na tyle.

 

Fot. Carlos R. Pexels.com

0 Like

Share This Story

Damsko-męskie
  • Łasica

    Nie każda 20-30 letnia dziewczyna cierpiała przez swojego ojca. Jednak ile z nas rzeczywiście lubi jak boli? Jak cierpimy?
    Facet jak ma problem to go rozwiązuje – kobieta zadręcza się godzinami płacząc nad kieliszkiem wina i powtarzając kolejnym osobom tą samą historię, rozdrapując rany.
    Facet jak rozwiąże problem to zapomina – kobieta dalej grzebie, analizuje co by mogła zrobić inaczej, co zrobiła źle, przywołuje przykre wspomnienia nawet po latach.
    No i z drugiej strony w jakiś sposób kobiety kochają ból, bycie upokarzane, robią głupie rzeczy, grają słodkie idiotki i dziwią się, że faceci się z nich naśmiewają. Nazywają facetów „świniami” lub „dupkami”, a same siebie sprowadzają do taniej jednorazowej dziwki swoim zachowaniem.
    Oczywiście nie można generalizować, ale kobieta, która sama siebie nie szanuje nie może mieć pretensji do faceta, że ją rani. Z drugiej strony większość współczesnych kobiet lubi być sponiewierana przez faceta w łóżku. Już zapominamy o grzecznym seksie przy zgaszonym świetle. Chcemy być po prostu ostro rżnięte, żeby facet rzucił nas na łóżko bez pytania czy mamy na to ochotę.
    Nie, nie uważam, że to złe. Ale to kolejny dowód, że jakakolwiek forma bólu, czy to fizycznego czy psychicznego jest wpisana w kobiecą naturę. I bez tego bólu nie ma pełni kobiecości najwyraźniej.
    Pozdrawiam :)

    • wp

      A dlaczego boli?przeciez same kobiety prosicie o ten bol- kobiety w wiekszosci wypadkow wezma tluka z silowni,bo macho,bo fit bo ladny…no i cierpia..
      Czasem wielkie serce skrywa sie za wielkimi okularami czy brzuchem,ale nie…to nie jest trendy,to nie jest fit….cierpcie dalej i zastanawiajcie sie dlaczego…..

      • Saint

        Chwila, chwila…. Można być na siłowni, być macho, fit, ładny etc i można mieć wielkie serce :) To że ktoś dba o kondycję i sensowny wygląd, nie oznacza ograniczonego debila :)

      • Nie o to mi do końca chodziło. Bardziej myślałam o tym, że niezależnie co wybierzemy i co się będzie działo w naszym życiu w jakiś sposób większość z nas będzie siebie ranić. Albo prowadzić do takiego zranienia.
        Osobiście nie lubię tłuków z siłowni, ale to nie oznacza, że mając super kochanego faceta nie możemy prowadzić do sytuacji kiedy ta osoba nas zrani. Nawet nie z własnej winy… Ile razy w kłótni kobietom zdarza się prowokować do większej awantury i wypominać rzeczy sprzed lat? Mimo że, każda z nas wie, że coś takiego rani osobę, którą kochamy, a skoro osoba którą kochamy cierpi, to my również. Może to dość pokrętnie wytłumaczyłam, ale chyba jasne jest do czego zmierzam.
        Faceci (zazwyczaj) tak nie robią. Oni milczą, oni zapominają. Kobiety pamiętają wszystko i nie zawahają się użyć tego przeciwko sobie.

    • Saint

      Miałem coś napisać, ale mnie wyręczyłaś :) Bardzo zgrabnie i seksownie ujęte :)

    • Kinga

      Mowisz jak sadze o sobie i jak mniemam przeszlosc w sensie dziecinstwa mialas wypisz wymaluj jak z tekstu autorki bloga. Tak to jest, ze jak czlowiek doswiadczy przemocy w dziecinstwie to jest juz w jakims sensie skrzywiony na cale zycie i moze miec przekonanie, ze „lubi” cierpiec. Kiedy w rzeczywistosci nie potrafi, nigdy go nie nauczono, ze mozna inaczej. Zna tylko jeden patologiczny model, no to go powiela.
      Ale dzis mamy juz jakis rodzaj swiadomosci, wiemy, teoretycznie co jest dobre a co zle i wiemy, ze mozemy sie udac do specjalisty terapeuty po pomoc, aby choc z grubsza uwolnic sie od powielanego schematu. Mozna sobie pomoc, albo przynajmniej sprobowac, ale do tego trzeba odrzucic przekonanie, ze lubi sie cierpiec (chyba, ze ktos rzeczywiscie ma tak skontruowany mozg, ze lubi bol i kreci go bycie masochista, ale to zdecydowana mniejszosc).
      I jeszcze jedna uwaga: nawet jesli ktos z jakiegos powodu sie nie szanuje, to nie usprawiedliwia to w zaden sposob tego kto tej osoby nie szanuje.

    • aaa

      Ten :hipotetyczny: i stereotypowy facet rzeczywiście analizuje i szuka rozwiązań. Ale to tylko połowa sukcesu – jak Ci np. ktoś umrze i pochowasz jego rzeczy, znajdziesz sobie pasje i wyjedziesz w podróż dookoła świata – to myślisz, że to pomoże? Nicholery nie pomoże bez tych właśnie stereotypowo :kobiecych: emocji, rozkminiania, analizowania i smucenia się.
      Rozwiązywanie ważnych problemów i podejmowanie ważnych decyzji – zawsze wymaga dwóch tak samo ważnych elementów… emocji i logicznego rozwiązania.

      Faceci którzy kierują się tylko logiką i rozwiązaniami to ludzkie wraki, podobnie jak kobiety, które tylko nurzają się w bólu.

      • wisznu

        „Faceci którzy kierują się tylko logiką i rozwiązaniami to ludzkie wraki, podobnie jak kobiety, które tylko nurzają się w bólu.”

        Prawda. Wiem, bo jestem pod tym kątem skrzywiony. Na każda decyzję musze mieć logiczne uzasadnienie. Zanim cokolwiek kupię, to muszę przekopać pół internetu i objeździć kawał miasta, żeby mieć pewność, że to co wybrałem jest właśnie tym czego potrzebuję/najlepszym z dostępnych. No, długo mógłbym wymieniać jak to utrudnia zycie.

        Własna kobieta mnie przez parę lat uczyła, że każdy potrzebuje czasem przytulenia, ze nawet ja odczuwam uczucia, i ich nie musze ignorować, albo rozumieć/uzasadniać, bo uczucia się po prostu ma.

        Ale dalej moim idolem jest Spock (ten ze Star Treka):)

        Nie do końca wiem dlaczego tak mam. nie jestem DDA, teoretycznie w rodzinie było ok, w zasadzie rodzice dbali o nas.

        Ale mimo wszystko w jakiś sposób skrzywili mnie i rodzeństwu psychikę, a co ciekawe – każdemu z nas w inną stronę, choć wiem, że starali się nas wychowywać równo i żadnego nas nie faworyzować.

        (Teraz dopiero, gdy mają puste gniazdo przestają ukrywać, że w sumie to – oprócz jakichś pozytywnych uczuć jakie między nimi są/były, to w sumie się nie cierpią i nie potrafią ze sobą nawet normalnie rozmawiać.)

        Czasem się zastanawiam jak bardzo musi mojej kobiecie na mnie zależeć, żeby uczyć mnie takich podstawowych ludzkich spraw.

        Za to ona ma w sobie syndrom DDA, ona bardzo jest nadodpowiedzialna, widzę jak w środku niej wszystko wrze i jak dużo ją kosztuje zachowanie spokoju.
        I jak czytam o DDA i ją obserwuję, to wiem jedno. Nie trzeba mieć rodzica alkoholika, żeby efekty były tożsame. Wystarczy rodzic z cukrzycą, który ma nieustabilizowany poziom cukru, który przy wahaniach poziomu ma zaniki świadomości. Bo wtedy cukrzyk zachowuje się jakby był pijany.

        A do tego zawsze ma wymówkę – „przecież jestem ciężko chory”.

        W każdym razie – uświadomienie sobie winy rodziców to dopiero początek drogi. Bo za swoje zachowanie odpowiada każdy z nas sam.

    • m0gart

      Generalizujesz, że tak powiem przy Wielkiej Sobocie. Nie każdy facet od razu rozwiązuje problemy, nie każdy przechodzi nad nimi do porządku dziennego. Niektórzy rozpamiętują, piją wino i myślą „co by było, gdyby…”.
      Ale najgorzej jest, gdy człowiek – bez względu na płeć – potrzebuje mieć poczucie krzywdy. Wtedy zrobi niemal wszystko, by było mu źle, by druga strona czuła się winna, by wszelkie konflikty przekręcać na swoją stronę. Wtedy nie chce się porozumieć, dogadać, wyjaśniać, bo podświadomie stawia się w pozycji pokrzywdzonej. I tworzy tym samym cholernie toksyczne relacje, takie o których Malv kiedyś pisała.

  • Pisałam o tym już u siebie, ale tekstu teraz nie ma a ja chcę żeby każda dziewczyna wiedziała, że można.
    Miałam z 6 lat. Ojciec pił. Rodzinna impreza. Więc standardowy pokaz talentów, ja wiem lepiej itd.
    Chciał wyprowadzić mnie i mi wgrzać. Wrócił z oberwaną kieszenią i brakiem guzików.
    Nauczyłam się reagować. Myślą, słowem, uczynkiem i zaniedbaniem.
    I potrafiłam wybrać ojca dla córki, który jest tatusiem.
    Nie chwalę się. Wbijam do łba, że można.

    • No to przeca ja właśnie piszę w tym tekście, że można. Że da się. Czasami po prostu trzeba przypierdolić łbem o mur, żeby zrozumieć.

    • Kinga

      Podziwiam, ja do 20tki pozwolilam ojcu na bycie skurwysynem, tak , ze w sumie byl nim do smierci.

    • Luxus

      Chciałabym, żeby tak było u mnie też. Wciąż się boje próbować dalej, mimo tych wszystkich prób, nic się nie zmieniło. Ojciec nie odpuszcza i nie pozwala sobie, żeby jakaś gówniara mu się przeciwstawiła. Jest silniejszy więc zawsze się to kończy na jego zdominowaniu.

  • Karolina

    Niestety, ale nie, to nie jedyny rocznik. To się jeszcze ciągnie, tak że rodzicom dzisiejszych ,gimbusów ” też można wiele zarzucić.
    Ale ja już wiem kiedy będzie dobrze! Kiedy rodzicami będzie większość dzisiejszych blogerów. Czuję, że będzie czego zazdrościć;p

  • Anna

    Czytając ten tekst, doszłam do wniosku, że jestem niesamowicie wdzięczna za swoje dzieciństwo. Ogromny wpływ na to miał fakt, że pochodzę z chrześcijańskiej rodziny wierzącej (realnie, biblijnie wierzącej, nie świątecznych katolików – ba, katoliczką nie jestem wcale). Z racji tego, że w naszym domu Bóg był zawsze na pierwszym miejscu, to i Jego słowa o miłości bliźniego, szacunku dzieci do rodziców i vce versa… etc. również stanowiły fundament, na którym moi rodzice budowali rodzinę.

    Co za tym idzie, partnerstwo rodziców widoczne na każdym poziomie ich relacji, ich obecność w moim codziennym życiu i kształtowaniu mojej osobowości; były dla mnie zawsze oczywiste i jako dorosła córka uczę się to nie tylko dostrzegać, ale przede wszystkim właśnie doceniać…

    Uniknęłam więc tych trudności i pewnego rodzaju skażenia w budowaniu relacji z innymi, jakie cechują bohaterki tekstu i być może łatwiej było mi odnaleźć sens swojego życia, choć buntowniczka nastoletnia była ze mnie niezła ;)

    Tak czy inaczej, tekst napisany swietnie. Gratki, Malv! :)

    • lena

      nie jestem dda i nie chcę się rozpisywać o problemach które spotkały mnie lub mojego męża w młodości, ale nie było miło. mieliśmy szczęście poznać się jeszcze w liceum. obraliśmy katolicki kierunek życia (nie ten świąteczny, ale codzienny), niczego nie opieramy na sobie, wszystko na Bogu – i dajemy radę. bez tego rozpieprzylibyśmy się wzajemnie w drobny mak. nasz związek to cud.
      teks cholernie mocny, cholernie dobry.

  • Dorota Kaczmarczyk

    Tu jest akurat tylko o kobietach, ale osobiście uważam, że ten problem dotyczy w równym stopniu mężczyzn z naszego pokolenia. Dlatego naszej generacji jest tak ciężko w związkach, bo nie chcemy mieć takich związków jak pokolenie naszych rodziców i dziadków a przecieranie szlaków dla związków opierajacych się na zupelnie innych wartościach i ideach jest cholernie ciężkie, bo nie bardzo sami wiemy jak to zrobić to raz, a dwa: ciąży na nas brzemię wychowania wlasnie w takim spaczonym pojęciu rodziny.

  • Jakby było to, co w tekście, że mężczyźni byli czarno-biali, myśleli głównie o wódzie i seksie, to kurcze… oni by mieli w tym momencie jaja :) A ja myślę, że ogólny problem ludności w czasach prlu było zastraszanie, pozbawianie ludzi motywacji, inicjatywy. W wyniku czego faceci właśnie jaj nie mieli, w czym właśnie jest problem. Mam rodziców z tego okresu, a ja razem z siostrą urodziliśmy się pod koniec komuny. Jedyne co obserwuję w sprawie moich rodziców, to to, że jest ogromna przepaść między nami- kulturowa, rodzice nie byli w stanie przekazać nam jakiś wartościowych treści odnośnie tego jak żyć, do czego dążyć, czym się w życiu kierować, bo sami nie wiedzieli dokładnie, co niesie ze sobą ten świat, który właśnie po komunie podobno się znormalizował :) Nie mówię o zbliżeniu się do zachodu czy coś w tym stylu, ponieważ uważam, że każdy kraj powinien mieć własne dążenia, chociaż kraje zachodnie były od długiego czasu już „wolne”. Co u rodziców było najbardziej kijowe- to, że ojciec nie był w stanie nauczyć mnie jak traktować kobiety, jak się do nich odnosić, jak z nimi postępować. Musiałem popełnić dużo błędów, pracować nad sobą i mocno się wypocić, żeby wypracować swoje własne wspaniałe zasady, które powodują, że moje życie zabawowo- towarzysko- seksualne jest bardzo fajne ;) Zwłaszcza młodzi mężczyźni w wieku teraz 33-35 lat, którzy na podwórku bali się panów milicjantów i podporządkowywali się godzinom policyjnym, a teraz (po drodze zaznając solidnej doktrynacji, że kiedy przyjdzie „zachód”, to zdobędą świat…. tylko k. jak?) i teraz mają aspirację być prawdziwymi mężczyznami, kierownikami i dyrektorami w oddziałach zagranicznych firm, mieli sadzić drzewa i budować domy… a tu co? Kijowo, bo nie wiedzą jak…, byli wychowani na oczekiwaniach i mają sporo pretensji. Ja jestem troszkę młodszym rocznikiem, ale mimo tego widzę jedną rzecz- że moi dziadkowie i babcie ze względu na przedwojenne wychowanie mieli więcej jaj niż moi rodzice :P Niestety już 3/4 z nich nie żyje, czego bardzo żałuję, bo oni sporadycznymi wyjazdami do nich na wakacje i ferie byli w stanie wpoić mi więcej zasad niż moi rodzice, z którymi przebywałem cały czas Nie chcę też potępiać tych rodziców do końca, bo wychowanie to absolutnie nie wszystko. Sami musieli ciężko pracować ze względu na to, że zarobki na przełomie komuna/ziemia obiecana do wysokich nie należały mimo wykształcenia i chęci ;) Ale budować siebie musieliśmy (i nadal musimy) sami. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni, chociaż mamy pod górkę, to możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że jeżeli udało się nam zbudować karierę/rodzinę/rozwinięte pasje mimo trudności ze względu na wychowanie, to mamy naprawdę solidne charaktery ;)

    • Późne rokokoko

      Szczęściaż z Ciebie… Ja niestety stoję okrakiem między PRLem a RP… Wszedłem w RP jako nastolatek czyli już trochę ukształtowany człowiek. I tak z obserwacji roczników ciut wczesniejszysch i ciut pózniejszych. Ci, którzy weszli w RP tuż po wejściu w dorosłość mieli duże apetyty a jako dorosli duże możliwości więc atakowali. CI, którzy w RP się już wychowywali poznali zupełnie inny świat i zupełnie inaczej podchodzą do życia. A ja stoję okrakiem między jednym a drugim. Walczę z PRLem we mnie ale mam pretensje. Próbuję działać po RPowsku, ale nie umiem. W życiu zawodowym i prywatnym. Nie. Nie usprawiedliwiam się. Pokazuję tylko skąd się to wzięło. Fakt, że nie umiem z tym nic zrobić to mój problem i moja praca ciągle do zrobienia. Jedyne co u mnie jest inaczej, to, że akurat mój pijący ojciec nauczył mnie, że kobiety sie nie bije nawet jesli ona się z rękami wyrywa. I to chyba tyle.

  • lalilaj

    Jak dobrze, że to nie moja bajka. Mimo 30’tki. Dzięki tato.

  • Wojciech

    czo to ta woda oligoceńska :v

  • Justa

    Czytam tekst i serce mi wali jak oszalałe. Ja już jedną nogą jestem za ścianą, widzę kolory, dostrzegam schematy, zrzucam mechanizmy, przebieram w maskach. Za mną 3 lata terapii i 1 rok przede mną, terapii dla potłuczonych. Czasem jestem przerażona, że mając 29 lat dopiero poznaję siebie, dopiero teraz pytanie „kim jestem” ma znaczenie.
    Dojście do ściany było najlepszą rzeczą jaka mi się przytrafiła.

    • Kinga

      To i tak jestes szybsza, mnie to dluzej zajelo, dopiero przed 40tka doszlam do sciany.

    • rudzielec

      Ja mam 34 lata, do ściany dotarłam kilka lat wcześniej ale dopiero teraz mam narzędzia, aby ją zacząć rozbierać. Mam nadzieję, że po drugiej stronie jest lepszy świat dla mnie, a dzięki temu też dla moich dzieci

  • Monika Olszewska

    Dokładnie tak było . Dokładnie tak. Mój tatuś wzorowo zaprogramował mnie na takie bagno w jakim taplałam się przez 7 lat gdy postanowiłam się usamodzielnić. Dobre słowo bo z niezaleźnoscią to nie miało nic wspólnego . Takie samo dno i trzy metry mułu jak w domu rodzinnym. Ale ten pan postanowił mnie zostawić z dwójką dzieci i odejść do innej alkoholiczki . Ja i mój stan budżetowy 20 zł oraz czynsz do uregulowania za 11 dni pozwolił mi pierdolnąć w scianę. Z rozpędu . Dziś jestem tu gdzie jestem. 300 km od tego piekła z fantastycznym człowiekiem przy moim boku. Dobra praca. Własne mieszkanie bez kredytu. On spełniony zawodowo a ja powoli zaczynam wierzyc w siebie. Tylko czasem wracam do strefy zero by odwiedzić rodzinę . Mojego tatusia widuję na ulicy . Alkoholik bez własnego kawałka podłogi . Zapytałam kiedyś przypadkiem na niego wpadając na ulicy , czy kupić mu zupę . Odmówił . Zażądał pieniędzy . Kazałam mu wypierdalać …

  • Kasia Orzech

    To jest tak prawdziwe, że aż przykre :/

  • kornelia

    Malvino, czytuję Cię od jakiegoś czasu, i choć w sumie nigdy tego nie robię, musiałam napisać coś od siebie. Jesteśmy równolatkami, przyznam, że odkąd napisałaś, że jesteś DDA obserwuję/czytam Cię z jeszcze większą niż zwykle uwagą – zapewne domyślasz się dlaczego.. Nie zawsze zgadzam się z każdym tekstem i z każdą wygłaszaną przez Ciebie opinią, ale przyznać muszę, że zawsze trafiasz w punkt. Nie można przejść obojętnie obok napisanego przez Ciebie tekstu.
    Za kilka dni minie rok od śmierci mojego ojca. Ojca alkoholika, którego albo nie było a jak był to modliłam się, żeby zniknął.. No i pewnego dnia „zniknął” na zawsze.. Tak naprawdę dopiero po jego śmierci zaczęłam nazywać siebie DDA, zaczęłam rozprawiać się z tematem ojca (robię to zresztą do dziś), uczę się żyć „na nowo” choć wcale nie czuję ulgi, którą miałam poczuć z chwilą gdy przestanie być koszmarem dla swoich najbliższych. Myślę o tym, jak wiele szkód, głównie psychicznych wyrządził mojej mamie, rodzeństwu i mi, ale również sam sobie – jak bardzo bez sensu było jego życie…
    Mimo trzydziestki na karku, dopiero zaczynam rozbierać cegiełka po cegiełce olbrzymi mur, o którym piszesz… Bilans jest kiepski, zero poważnych związków na koncie, masa przelotnych znajomości, ogromny dar do pakowania się w dziwne damsko-męskie relacje. Poza tym olbrzymi strach przed zaangażowaniem się – no bo co się stanie, jak facet okaże się choć w jednej pięćdziesiątej podobny do ojca? Nie bez winy jest tu moja mama, która całe życie powtarzała mi, abym nie wychodziła za mąż, abym nie powtórzyła jej błędu, abym była silna, pewna siebie i niezależna, abym nie pozwoliła, aby ktokolwiek mną poniewierał. No… to taka jestem Mamusiu.
    Nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się naprawić to moje małe „popieprzenie”. Czy kiedykolwiek zaufam komuś na tyle, aby pozwolić mu wejść do swojego świata i w nim zostać. Czy kiedykolwiek wyzbędę się lęku przed toksycznym facetem, związkiem etc. Zapewne mogłabym jeszcze pisać i pisać, ale to chyba nie miejsce na takie wynaturzenia. Jedno wiem – dzięki takim tekstom – wiem, że są też inni „popieprzeni” ;), że warto nad sobą pracować i pomimo wszystko patrzeć z nadzieją w przyszłość.
    Czekam na kolejne, ściskające za gardło i wywracające wnętrzności, teksty! Pozdrawiam!

  • m0gart

    Wiem, że piszesz o kobietach.
    Ale faceci z takich rodziców też nie mają łatwiej.
    Uczeni od małego, że emocji nie można pokazywać, a prócz tego niewiele więcej. Bez wiedzy, jak współistnieć z innymi ludźmi, jak się przed nimi otwierać, jak pokazywać swoje prawdziwe oblicze. Jak być partnerem, a nie tyranem – albo wręcz przeciwnie, całkowicie uległym chłopcem do bicia.

    Nasze pokolenie ma przechlapane, bo często ciągną do siebie synowie i córki takich właśnie chorych rodzin, a z owej mieszanki wybuchowej rzadko wychodzi coś pozytywnego. Sam mam swoje za uszami, ale ciągle się siebie uczę i staram nie powielać błędów moich rodziców. Czy mi się to koniec końców uda, to dopiero historia osądzi. Ale łatwo niestety nie jest. Obserwuję swoich rówieśników z lepszych, szczęśliwszych, „normalniejszych” domów, którzy zakładają fajne rodziny, wychowują sympatyczne dzieciaki, realizują się prywatnie i zawodowo. I im trochę zazdroszczę, bo przede mną jeszcze daleka droga do takiego stanu rzeczy.

    • Późne rokokoko

      Mogę się tylko podpisać pod powyższym… NIestety…

    • Kasko

      Polecam terapię. Jestem kobietą. Mam 27 lat i jestem DDA. Mój ojciec zrobił mi największą krzywdę w życiu… Bił, katował, odebrał kobiecość i zabrał ufność do kogokolwiek. Zabrał mi wszystko łącznie z pasją jaką było dla mnie malowanie… Zabrał mi to… Ale jest szansa dla takich jak ja i każdej jednej osoby. Terapia bardzo mi pomaga. Czuje się szczęśliwa i nie czuje sie już jak bączek kręcący się bez opamiętania w jednym miejscu bez sensu i celu… Mam cel w życiu i wiem czego potrzebuję. Buduję na nowo swoją wartość aby nie szukać potwierdzenia w zajęciach których sie podejmuję, w innych i w partnerze… Czuję teraz spokój w sercu. Choć terapia jeszcze się nie skończyła to już teraz czuję ogromną ulgę. Wiem co czujesz i jaki to ogromny cieżar dla Ciebie, dlatego zrób coś dla siebie i spróbuj zmienić swoje zycie na lepsze. Jest ciężko, ale cholernie warto ;)

      • m0gart

        Wiem, że jest ciężko i wiem, że warto ;)

    • Ala

      POLECAM ŻYĆ. Domyślam się ,że być facetem bez korzenia w postaci męskiego przodka godnego naśladowania, nie jest łatwo. POWODZENIA. NAJSILNIEJSI ZAKORZENIĄ SIĘ SAMI. Nawet jeśli są to korzenie powietrzne.

      • m0gart

        Wiesz, kiedyś bym pisał podobne rzeczy – okrągłe słówka, które ładnie wyglądają i których jest masa w internecie. Ale nauczyłem się na własnym przykładzie, że w obliczu rzeczywistych problemów takie porady nie mają najmniejszego znaczenia. To tak, jakbyś osobie z depresją mówiła „Ogarnij się weź się za siebie, dasz sobie radę”. Nie tędy droga.

  • paola

    Synom jest łatwiej. Oni mają dwa wyjścia jako DDA: chlać albo wyjść na ludzi. Córki mają przesrane, bo nie dość, że mają kompleks ojca i nie chcą się stać podobne do własnych matek, to jeszcze mają problemy ze sobą, z samooceną, samoakceptacją i z facetami. Plus mają okres, PMSa i bóle porodowe.
    Takie to życie sprawiedliwe kurwa…

    • marcus1a

      Paula,
      moj bliski przyjaciel, DDA, w 30 roku zycia sie rozsypal (wczesniej gral twardziela i mowil, ze on juz sobie ze wszystkim poradzil).
      Dzis, zamiast wlasnej tozsamosci – ziejaca, czarna dziura.
      Nie wie, co lubi, a czego nie, co chce robic, a od czego uciekac, jakie ma hobby i czy chce pic kawe. Rzucil studia doktoranckie. Po 6 miesiacach od poczatku tego kryzysu tozsamosci przyszla oczywiscie depresja…
      Nie pisz wiec, prosze, ze synowie maja latwiej, bo to klamstwo. Kazdy ma pod gorke, a uzywanie schematu goralskiego (tak jak moje Kaske bolaly zeby, tak nikogo nie bolaly) i przykladanie go do powaznych problemow psycho-somatycznych jest po prostu niesprawiedliwe. Plec zmienia pewne dynamiki, ale nie sprawia, ze ktos ma latwiej, a ktos gorzej.

    • .pixel

      Pewnie, ja „na ludzi wyszedłem”… nie chleję chyba na przekór (zresztą jestem całkowitym przeciwieństwem ojca) i tyle pozytywów. Za to w wieku 31 lat nie jestem w stanie nikomu zaufać. Całe życie jestem sam, bo związek kojarzy mi się tylko z ciągłymi awanturami i stresem. „Zabawne” jest tylko to, że z zewnątrz ludzie odbierają mnie jako spokojnego i pewnego siebie gościa, a w środku siedzi znerwicowany i samotny człowieczek… który przegrał swoje życie.

  • Pola B-a

    Dzięki Ci, Opatrzności, za Ojca mego, normalnego. Mało znam takich, którzy byliby w stanie mu dorównać. Jestem z rocznika 86.

  • Matka Polki

    Mój już leży na cmentarzu. Sam dał nam święty spokój. Nie bił, raczej wykończał psychicznie. Tylko dwa razy dostałam tak, ze byłam sina. Ale za alkoholem nie przepadam do dziś.
    Na szczęście nie powtarzam schematu. Z moim mężem, mogę to powiedzieć, naprawdę mamy związek partnerski. Gotuje, opiekuje się dzieckiem, nawet całe dni. Nie podniósł nigdy na mnie ręki, pije okazjonalnie.
    Miałam szczęście, bo poznałam go mając lat 14.
    Mama próbowała trzymać dom na jako takim poziomie.

  • Krzysztof Ellwart

    Z jednej strony tak jak pisali przedmówcy. Jeśli ojcowie w latach 70-tych, 80-tych byli jacyś, to byli tacy i dla synów i dla córek.
    Z drugiej oni też mieli swoich rodziców. A ich rodzice to dopiero byli. Po wojnie, obozach, łagrach, więzieniach.
    Z trzeciej, teraz to dopiero jest problem z nieobecnymi rodzicami, eurosierotami i rozwodami. Wszystko jakoś się łączy i nie ma wyjścia. Ale czy na pewno?
    W jednym masz rację. Jednemu rodzice są winni. Winni są tego, że są obwiniani. Tego, że winy szukasz poza sobą. Może masz rację, że to przez ojca. Ale czy chodzi o to, żeby mieć rację? Ściana zrobi się od tego mniejsza? Dorosły człowiek nie obwiania innych. A czy to wina rodziców? Chyba tak :), ale i nie do końca. Takie czasy. Bo to zjawisko powszechne. Chcieli być za dobrzy, ochronić, pomóc. Jesteś debilem, który nie potrafi ogarnąć kilku zasad? Proszę oto orzeczenie o dysleksji. Nie masz nóg? Proszę możesz startować maratonie w paraolimpiadzie idź jeszcze do telewizji i poskarż się, że nie dostajesz na to pieniędzy a przecież ci się należy. Twoja kopalnia jest zamykana? Proszę bardzo, autokar do Warszawy już czeka, zabierz race i opony. Nie radzisz sobie po alkoholu z antykoncepcją? Proszę bardzo oto pigułka po. Żadnych konsekwencji. Wszystko da się odkręcić, załatwić. Nic nie jest na poważnie i na serio. Kiedyś jak dziecko chodziło bez czapki, to zachorowało. Jak nie chciało wyzdrowieć to do pieca na kilka zdrowasiek i koniec balu. A dziś?

    Mężczyzna przez lata się nie zmienił. Podstawowe trzy męskie pojęcia obecne są u Reymonta. A nikt z tego dramatu nie robił. W tym świecie, gdzie jak często piszesz, popierdoliły nam się priorytety taki mężczyzna, jak wzorzec metra wskazuje drogę, odmierza czas. Trzy jasne i proste zasady. Raczej bym do tego wracał, szukał korzeni. Choć to jeszcze nie do końca to. Raz rozpoczętej rewolucji nie da się zatrzymać. Nie ma powrotu do strzech.

    • Bak

      Nie, nie zgodze sie na te ciagle odwracanie rol! Latwo zauwazyc przemoc fizyczna, prawda? Jak ci ktos reke odetnie, to do konca zycia bedzie twoim katem i do konca zycia bedziesz czuc tego konsekwencje, jak ktos ci psychicznie dowali i do konca dni bedziesz sie zbierac, to przyjdzie taki Krzysztof i ci powie, ze ni jestes dojrzala/ dojrzaly, bo dojrzalosc to koniec obwiniania innych. A guzik prawda. Jak ci ktos dowalili nie jest wazne jak, to on jest winny, a nie ty, ze akurat stalas/ stales na jego drodze.

      • kab

        Jak bokser doświadczy przemocy fizycznej na ringu to się nie zbiera do końca swoich dni.

      • wisznu

        znalezienie winnego to początek drogi. Potem trzeba nauczyć się żyć własnym życiem. Bo nie da się nic stworzyć, jeśli ciągle będziesz rozpamiętywać to, ze ojciec bił, pil, itp.
        Trzeba tą księgę umieć zamknąć, żeby móc zacząć pisać własną.

  • I własnie dlatego dziękuje Bogu, że moja rodzicielka miała dość jaj by się z takiej patologicznej relacji wypisac całkiem i pozwoliła nam zyć bez ojca niż z kołkiem który wyrzucał dzieci na balkon bo zbiły szklankę.

  • Może mam wielkie szczęście ale znam innych ojców. Może nie idealnych ale takich, którzy byli, którzy stronili od alkoholu, którzy gotowali obiady i odprowadzali do szkoły. Przykro mi kiedy słyszę, że ktoś tego nie miał, niezależnie czy to chłopiec czy dziewczyna. Wychodząc z takich domów w każdym zostaje ta krzywda, rośnie i objawia się w dorosłym życiu. Jedynie schemat jest inny – kobieta staje się ponownie ofiarą jak jej matka, mężczyzna staje się oprawcą, jak jego ojciec.

    • Oj nie każdy jest skazany na powielanie schematów. Nie każdy facet jest jak jego ojciec, a nie każda kobieta jak jej matka. Jeżeli kształtuje się samemu swoją osobowość mimo złych przykładów, to da się.

  • OO

    Malvina, kurna kocham Cie. Zajebiście napisane, aż się popłakałam.

    • Kinga

      Ja tez lezke uronilam. Swoja droga wspaniale pioro ma autorka bloga.

  • Mała

    Uważam, że kobiety owszem zmieniają się ale tylko dlatego, łatwiej jest o prace i nie zależność od mężczyzny (sama jestem prawie tą 30-tka z opisanej rodziny) ale nie mężczyźni, którzy dostali taki wzorzec od swoich rodziców,osobiście przestrzegam przed rodzicami partnera, trzeba ich najpierw poznać i uważać z kim się wiążemy, sama od nie niedoszłej teściowej usłyszałam żeby „siedzieć cicho” bo będzie gorzej i że tak ma być…po miesiącu zwiałam… Txt mega trafny i prawdziwy… jednak przykro mi się przyznać, nie widzę „tych normalnych mężczyzn” w dalszym ciągu.

    • Katarzyna Gieracka

      Masz rację. U mojego męza w domu panował patriarchat , ale bez bicia i przymusu. Wszystko pod nosek, klapeczki na nóżki, a tesciowa skakała koło teścia ,dogadzała,cmokała o mało nie gryzła za niego. Na szczęście mojemu M. takie traktowanie nie odpowiada,wręcz się złości gdy mamusia mu nadskakuje.Też mówiła „tak musi byc , bo ja tak robiłam” szybko jednak dowiedziała sie ,ze moze być inaczej….o mało zawału nie dostała jak sie dowiedziala ,ze jej synus robi mi śniadanie do łóżka , karmi i ubiera dzieci…a ja sobie lezę ;) W jej mniemaniu facet to świety z obrazka i trzeba go czcić.Choc dzieci chłodnym chowem traktowała ,to zdaje jej się ,ze teraz gdy teść nie zyje moze przysiąsć je jak kwoka…..Czasem matki sa ta toksyna życia…a ojcowie tylko „zarabiaja na dom”

  • alex

    W takim razie ja miałam wyjątkowe szcząście. Mam 32 lata, a z dzieciństwa wspaniałe wspomnienia związane z tatą. Pokazał mi świat, nauczył wrażliwości i patrzenie na to czego inni nie widzą. Dużo i ciężko pracował abym miała wszystko co potrzebne w tamtych biednych czasach. Ale zawsze miał dla mnie czas.

  • Katarzyna Gieracka

    Harówa w polu ,razem z matką od najmłodszych lat…pomimo że mama pracowała w PKP(nadal pracuje). Ojciec do domu zaglądał w sobotę ,rozstawiał po kątach,bił i pił ,by w niedziele zostawić żonę z dziećmi ,kościołem ,obiadem punkt 12.On jako głowa rodziny szedł na ranną mszę ,by móc delektować się do południa piwem z kolegami ,bo przecież relaks mu się należy.Po obiedzie niedzielnym zalegał przed telewizorem nam rzucał 2 zł na lody i miał wszystko w dupie.Poniedziałek rano znów było normalnie- ojciec jechał w delegacje zostawiając mamę z dziećmi ,4h gospodarką,krowami, świniami,końmi i wszystkim co z tym związane. Dziś gdy widzę jak mój mąż bawi się z dziećmi,uczestniczy w ich życiu,rozwoju…po prostu jest to się mi ciepło robi na sercu.Ale on też pochodzi ze wsi i takiego samego systemu wychowawczego jak ja.Z tym że on w przeciwieństwie do mnie z matką po dziś dzień ma nieziemsko chłodne stosunki.Jego wychowywała ciotka,stara panna ….dopiero teraz przyznaje że nie miał dzieciństwa…tylko sierociństwo.Dajemy naszym dzieciom mnóstwo miłości i czułości…dajemy im to czego pragnęliśmy jako dzieci:uwagi i szacunku.
    Dziś mama ,wyniszczona życiem kobieta nadal kładzie uszy po sobie. Czy lubi jak ją boli??? Nie sądzę. Po prostu przywykła…innego życia nie zaznała. Nie miała odwagi w czasach gdy rządziło hasło „co ludzie powiedzą”….Ojciec na starość uspokoił się…ale chyba bardziej z braku ofiar niż braku chęci…woli psychczne zagrywki.Próbował swoje sztuczki na mnie,ale mu nie wyszło- ja w przeciwieństwie do matki potrafię oddać i pchnąć na ścianę.W ramach resetu.

  • Melody

    No niestety trzeba to jakoś przeżyć i się z tego patologicznego domu wyprowadzić, bo innego wyjścia nie ma. Sama to przeżywałam, wyprowadziłam się do liceum do innego miasta, ale nadal na święta widzę to samo, współczuję siostrze, która musi w tej chorej atmosferze wytrzymywać. Ojciec- kretyn, znęcający się nad wszystkimi psychicznie, znikający z domu, z jakimiś problemami za uszami. Mimo że wyjechałam i patrzę na to z dystansem- mam problemy ze znajomościami damsko- męskimi, wplątuję się w dziwne związki, jak coś nie odpowiada to od razu ucinam kontakt i uciekam. Szukam w związkach ciepła, którego brakowało w domu, przy przeróżnych świętach, gdzie siedziałam z głową wlepioną w talerz, bo bałam się spojrzeć ojcu w twarz. Nie wiem czy kiedykolwiek stworzę zdrową relację, bo jestem jakoś nasiąknięta patologicznym modelem związku, w którym nie ma opcji rozwodu, bo każdy się boi ułożyć swoje życie na nowo. Pozdrawiam i będę Cię regularnie czytać, bo uwielbiam twojego bloga. :)

  • Bożena Kutzmann-Mościńska

    Boziu dzięki Ci za mojego Czesława.Za którym mega tęsknię bo mi go raczysko zabrało.Jakimś wielkim człowiekiem nie był bo „tylko” rolnikiem ale ojcem był zajebistym.Nie chlał,nawet palił z rzadka ( hahah polewka była bo nie umiał się zaciągać ).Był taki bo jego ojciec podobno aniołkiem nie był.Nie powielał schematów.Może też dużą rolę grał wiek?Moi rodzice późno jak na tamte lata 80 się pobrali.Byli grubo po trzydziestce. Mój mąż też jest fajnym tatą.Jednakże na ten temat to więcej mogliby powiedzieć moi chłopcy.

  • kubu1989

    Tekst naprawdę bardzo inteligentnie i dosadnie zrealizowany. Przemyślenia przelane na literki są bardzo dobrym rozwiązaniem i to się chwali.
    Ale myślę że obwinianie tylko ojców w tej całej sytuacji nie jest zbyt dobre.
    Kobiety często wręcz kopiują swoje zachowania od matek, bo mama jest kochana, bo tyle w życiu wycierpiała, no własnie i tu tkwi sedno sprawa cierpiała, patrzyła na przemoc Ona, i nie reagowała i w oczach dziecka jest cierpiętnicą a w moich przemyśleniach po latach była tchórzem.
    Ale tylko wtedy, gdy trzeba było zareagować, bo przecież 5 minut wcześniej kiedy ojciec po paru głębszych wchodząc do domu nie przywitała go z uśmiechem na twarzy bo po co ? Zrobiła mu awanturę naśmiewając się z niego i drwiąc. A facet co wtedy zrozumie ? Że się go atakuje i się zaczyna od słowa do słowa, i odwaga jest wielka.
    Nie chce wszystkich pakować do jednego worka, u mnie tak było
    Kiedyś myślałem że to ojciec był ten be fe i fuj
    Teraz po paru latach zrozumiałem że wina leży po obu stronach.

    Ludzie nie rodzą się źli, życie ich zmienia

    • Też po latach to widzę. I to nie jest tak, że usprawiedliwiam takie matki, że twierdzę, iż są bez winy. Może po prostu trochę bardziej rozumiem ich zastraszenie i współuzależnienie niż rozumiem agresję [tak psychiczną, jak fizyczną] mężczyzn.

      • m0gart

        Wina leży po obu stronach, agresja czasami też jest po obu stronach. Tyle że kobiety zamiast fizycznej, stosują agresję psychiczną – bywa, że nawet gorszą od tej pierwszej, bo nie zostawiającą widocznych śladów. Uprzedzając: nie bronię przemocowych facetów, bo to najgorszy możliwy typ mężczyzny, nadrabiający bezsilność i brak umiejętności rozwiązywania konfliktów siłą fizyczną. Ale jestem bardzo wyczulony także na przemoc psychiczną, manipulację, toksyczność, co niestety często jest domeną kobiet.
        Wychodzi na to, że obie strony potrafią drugiej osobie porządnie uprzykrzyć życie. Chodzi o to, żeby tego nie robić, bo zawsze największą krzywdę wyrządzamy najbliższym sobie ludziom.

    • Ziggiz

      Nie zgodzę się że wina leży po obu stronach. Tych stron jest więcej. Za decyzjami kobiety stoi presja społeczeństwa, presja kościoła (lata temu miało to ogromną wagę w wielu domach), „co sąsiedzi pomyślą”, „brudy pierz w domu”, za mężczyzną jego słabość, rozczarowanie życiem i alkohol.
      Również nie wrzucając wszystkich do jednego wora mogę opisać jak wyglądało to z perspektywy mojej mamy.
      Mama uważała że nie da sobie rady sama (chociaż ojciec w domu raczej potrzebny nie był). W czasach mentalności gdzie kobieta jest od prania gotowania i wychowywania dzieci ciężko wyobrazić sobie życie samej. ROZWÓD!?!?!? JAK ŚMIESZ!! Przed Bogiem przysięgałaś to teraz masz. DZIECKO MUSI MIEĆ OJCA. Wszyscy dookoła krzyczeli. Po latach okazało się że nie, jednak nie musi, ale skoro tak społeczeństwo każe…
      To okropne jak wiele moja mama musiała z siebie dać żeby przy wszystkich okropnościach w domu nadal trzymać się w pionie. Dodam, że brak reakcji podczas gdy Twoje dziecko cierpi nie było spowodowane tym, że mama miała taki humor, ale tym, że gdyby zareagowała, podduszanie córki zamieniło by się w totalną jadkę. Wiecie, to jak wkurzać rozwścieczonego byka, narobi jeszcze więcej szkód. Wiele kobiet wybiera brak reakcji, bo wiedzą jak się kończy przeciwstawianie się takim bydlakom.

      Wiele tragedii po dziś dzień dzieje się w mniejszych miejscowościach gdzie mentalnie ludzie żyją w czasach komuny. To nie ostatnie pokolenie które cierpi na chorobę alkoholizmu w domu, mogę zagwarantować :)

  • E.

    W wieku 7 lat życzyłam ojcu śmierci, szczerze i prosto z serca.
    Rok później zginął w wypadku, więc „życzenie się spełniło”.
    Całe dzieciństwo przesiedziałam zamknięta w szafie, z zatkniętymi uszami i zamkniętymi oczami – nie chciałam widzieć jak ojciec szarpie się z matką i słyszeć jak wrzeszczą.

    Mam na imię E. i jestem alkoholiczką (dokładnie tak samo, jak mój tatuś – niech mu ziemia…..)
    Na chwilę związałam się też z innym alkoholikiem- żywą kopią mojego ojca. CAŁYM CIAŁEM CZUŁAM, ŻE MÓJ KONIEC JEST BLISKI…

    Ocknęłam się w porę – wróciłam do faceta, którego rzuciłam kilka lat wcześniej, bo był DOBRY I NUDNY….

    Jestem szczęśliwa.

  • arteria69

    niestety matki były ślepo zapatrzone w swoich „idealnych” mężów…nie dawały dzieciom wyboru…nie chciały inaczej…były bierne….i do tej pory nie widzą problemu…we mnie do dziś jest wiele goryczy…i mimo iż prywatnie bardzo ok…to w głowie nadal qpa i żal do tamtych czasów…mam czasem takie marzenie…o wielkim wypadq samochodowym…powaga:/

  • Dominika

    U mnie oboje rodzice tacy byli – i ojciec, i matka z rodzin dysfunkcyjnych, nieświadomi, a priorytetem była dla nich opinia innych ludzi. Cała reszta z tekstu też się zgadza, z wyjątkiem wódy. Bez ustanku ze sobą walczyli. I z nami. O dziwo są porządnie wykształceni, a mimo to… hołdowali hipokryzji i przemocy. Wyszłam z dzieciństwa z olbrzymią emocjonalną raną, z workiem kompleksów, bez krzty wiary w siebie. Weszłam prosto w ramiona faceta-kalki „mamusi” i „tatusia”. 9 lat koszmaru poniżenia, agresji i zdrad. Potem chwila większej świadomości i ucieczka – w dosłownym tego słowa znaczeniu, biegiem po schodach w dół z jedną walizką. Traumatyczny rozwód i depresja. A potem to, co takim dziewczynom jak ja polecam: terapia, emocjonalne odcięcie się od rodziców i fizyczne odseparowanie od nich i od byłego. Siła i niezależność? Tak, jestem silna – potrafiłam skutecznie uciec i bronić się przed byłym i rodzicami. Jestem niezależna – materialnie i emocjonalnie, choć to ostatnie jest dużo ważniejsze. Składałam się jak potłuczona filiżanka, zbierałam do kupy przez kilka lat. Wiele już za mną. Dziś potrafię współtworzyć partnerski związek oparty na szacunku i przyjaźni i umiem kochać i szanować samą siebie.

  • Gabs

    „Jestem z (mam nadzieję ostatniego) pokolenia dzieci, których ojców nie było”
    Niestety, nie jesteś. Znam siebie i wiele innych osiemnastolatek, które też mają ojca widmo. Czy raczej nie mają.

  • MobyDick

    @Dear Mavina
    A mnie zastanawia inna sprawa: Czy istnieje związek pomiędzy „ostrym seksem” (Który lubisz – jak wynika z Twoich wpisów) , tak pożądanym przez współczesne kobiety, a byciem DDA.
    Kobiety ze szczęśliwych rodzin kochają spokojniej i … nudniej?

  • M.

    Boże, jakie ja mam szczęście. Mam wspaniałego Tatę.

  • marcus1a

    Wiesz co, Malvina?
    Mysle, ze za 5-7 lat pojawi sie blog dziewczyny, ktora bedzie pisala z podobna do Twojej energia, opisujac nie „virtualnych” ojcow z czasow PRL, ale „virtualne” mamy z lat 1990-2000…
    Sieroctwo ekonomiczne.
    Matki, ktore zostawily swoje corki, gdy te ostatnie mialy lat 10, wyjezdzajac do pracy za granica.
    Dziewczynki, ktore staly sie kobietami, ale ich mam przy tym nie bylo… Mama nie powiedziala, co sie dzieje z jej cialem, jakie procesy w nim zachadza, jak zmieniaja sie relacje miedzyludzkie… Mama nie pokazala, jak byc kobieta.
    Dziewczynki, ktore staly sie kobietami, ale emocjonalnie zatrzymaly sie na poziomie 10-12 lat, „zdradzone” przez osobe, ktora kocha najbardziej, niezdolne do zaufania i zbudowania relacji, gdyz boja sie, ze to tylko wstep do kolejnego porzucenia.
    One maja teraz 15-25 lat i zaczynaja dostrzegac, ze cos z nimi jest nie tak, ze wchodza w relacje, po czym szybko odskakuja, ze po chwilowej euforii staja sie zimne…
    I chca zrozumiec, dlaczego…?

    • wisznu

      A następne pokolenie będzie przeklinało wirtualnych rodziców, którzy byli, ale tylko ciałem. Bo całe ich dzieciństwo przesiedzieli w internecie – na fejsie, twitterze, blogach, simsach, itp. A to już będziemy my.

  • Katmar

    Bardzo podoba mi się twój tekst :) sama jestem 3.0 :) i wiele z tego co napisałaś widzę w swoim wcześniejszym życiu… bo ja już ścianę rozebrałam :) ale nie wiem czy poprzednie pokolenie a na pewno nie następne te z lat 90-00 mają lepiej …. 70- zahukane sieroty które nie potrafią się odnaleźć w życiu ( oczywiście nie generalizuję) a 90-00 rozpieszczone dzieci dobrobytu gdzie wszystko było i rodzice co sami nie mieli nic wynagradzają dzieciom wszystko… najgorzej chyba mają dzieci z urodzone powyżej 2000r one nie mają rodziców bo jest wyścig szczurów co gorsze??? nie wiem… :/

  • Mila

    Codziennie dziękuję kosmosowi za mojego Tatę (Mamę oczywiście też, ale tu temat Taty;)). Powiem Ci, że w tę stronę łatwo też nie jest, mieć ojca, który jest niemal (oczywiście, że niemal) idealny i potem szukaj wiatru w polu, kogoś kto choć trochę jest tak wporzo jak On. :)

  • Szatan.

    Wyżalacie się na waszych facetów, jacy to oni źli itp. Ale same takich wybraliście. ćpunów, awanturników, alkoholików. Bo was kręcą „bad boye”. A potem narzekacie że „bije mnie, przechlał całą wypłatę, nie zarabia, ćpa, nie chce lub nie zajmuje się dziećmi” same jesteście sobie winne. bo dobrych facetów jest na pęczki, rodzinnych, miłych, pomocnych, pracowitych. Tylko nie dajecie im szansy. i to jest tylko i wyłącznie wasza wina. Jak słyszę gdzieś od jakieś koleżanki że jej mąż, chłopak jest taki śmaki, to mi się nóż otwiera w kieszeni. Jakiego sobie faceta wybierzecie takiego macie. Trzeba myśleć przyszłościowo, głową a nie pizdą za przeproszeniem.

  • współuzależniona na wieki

    a więc ja jestem po terapii.. bo niektórzy polecali tutaj poniżej. i niestety. terapia pomaga wyjść do miejsca takiego jak te dziewczyny. niezależność. praca. ale nie pomaga na zbudowanie dobrej relacji, jestem zdania że jest się skazanym na złe związki, bo nawet po terapii jakoś tak.. widzi się tylko tych mężczyzn którzy…z którymi wchodzimy w ten sam szablon, z większą wiedzą, ale stworzyć się dobrej rodziny nie da.

  • Bardzo ciekawy tekst. Ja sama wychowałam się bez ojca, potem trafił się ojczym alkoholik, w końcu wylądowałam u dziadków. Ale dziadek też swoje „zasady” miał i często słyszałam teksty w stylu „jeśli nie będziesz tego umiała robić, to chłop cię z domu wypierdoli”. Babcia za to ciepła kobieta, do rany przyłóż. Nie powiem, czułam się kochana i nie mogę dziś narzekać. Moja koleżanka miała ojca – pił, bił, mówił, że dzieci to „wypadek przy pracy”, a matka go broniła. Lepiej bez ojca niż z pseudo-ojcem.

  • gaja

    „Ojców nieświadomych własnego rodzicielstwa, wychowanych w duchu, że od dzieci, ścier i garów jest baba, a chłop to ma zarabiać. A poza tym ma mieć. Posprzątane. Podane do stołu. Podane do łóżka. Ojców, którzy najpierw, za komuny, nauczyli się kombinować, a później, za Wałęsy, dorabiać. Mężczyzn, których świat był czarno-biały, a system wartości sprowadzał się do trzech pojęć: ruchanie – praca – wóda, choć sami uparcie wierzyli w to, że centrum ich jestestwa stanowi rodzina – największa świętość, najwyższa monstrancja, ostatnie stadium hipokryzji.”

    I najgorsze jest to, że w tym fragmencie dostrzegam….mojego męża. Dzięki za lustro. Czas działać. Dżizes….

  • Ruszył mnie ten tekt bardzo, choć mój tata akurat zawsze był i wciąż jest. Nie bez wad, jasne, ale jest.
    Tekst jest mi jednak bardzo mi bliski, bo oczy mam, znajomych w wieku 20+ też i widzę jak to wygląda u innych. I to nie tylko młodych kobiet. Dlatego uważam, że częściej się powinno ten temat poruszać, takie teksty pisać i ludzi z naszego pokolenia do refleksji namawiać. Bo może przed tą ścianą na razie to tak trochę bez pomysłu stoimy, ale to zawsze jakiś pierwszy krok – może lichy, ale jednak w dobrym kierunku.
    Dlatego dziękuję za taki post :)

  • plndbl

    jej, momentami czuję się, jakbym czytała Masłowską. Serio, niektóre fragmenty to prawdziwe literackie smaczki :).

  • Czytając takie rzeczy, po raz milionowy przekonuję się, że swojego Tatuńcia, to ja po rękach i stopach całować powinnam za to, że BYŁ i JEST. Za to, że rzucił palenie – bo mama powiedziała, że tylko pod tym warunkiem kupi nam pierwszy komputer. Za to, że zakładał trepy i pędził do mnie, kiedy zadzwoniłam w środku nocy, że pralka zalała łazienkę, że iskry z gniazdka, a ja się boję wejść bo jeszcze mnie prąd pokopie. Za to, że mi wyjaśniał zawiłe zagadnienia z geografii, której nigdy nie mogłam ogarnąć. Za to, że z dumą o mnie opowiada znajomym, a ja czasem słuchać tego nie mogę bo od razu ryczę ze wzruszenia, że tak mnie kocha. A teraz także za to, że opiernicza palące w rodzinie towarzystwo za to, że pali przy ciężarnej córeczce :-)

    Mam nadzieję, że równie dobrego Tatę wybrałam dla swojego dziecka :-)

  • A jakie są nasze matki?

  • Dorosła Wnuczka Alkoholika

    Mój dziadek był najgorszym człowiekiem jakiego przyszło mi znać, chociaż dopiero teraz w wieku 20 lat się o tym dowiedziałam. Całe życie myślałam, że jest tylko alkoholikiem. Teraz kiedy rok temu trafił do więzienia (w wieku siedemdziesięciu paru lat) dowiedziałam się, że coś jest nie tak. Przez całe życie znęcał się nad moją babcią psychicznie i fizycznie. Kiedyś również na mojej mamie i jej rodzeństwie. Wziął około 60tys kredytu na picie, a teraz umiera w domu. I najgorsze dla całej rodziny jest to, że umiera tak długo. Wiem, że to brzmi strasznie, ale wszyscy już chcą żeby on odszedł i dał nam spokój, bo nawet jak leży przykuty do tego łóżka to samym słowem rani moją babcię. Złego diabli nie biorą. A mnie wydaje mi się, że jestem złym człowiekiem, bo mimo, że mi nigdy krzywdy nie zrobił, to nie potrafię mu wybaczyć tego kim był. A chciałabym zapomnieć o nim i o całym złu, które wyrządził wszystkim swoim bliskim przez ostanie 50 lat…

  • miroowna

    Dzieciństwo jest częścią każdego z nas, nie da się go odkleić w żadnym momencie życia, ale można go nie traktować jako usprawiedliwienia dla powtarzania pewnych zachowań, ale negatywny przykład i poszukania innych wzorców, pomoc terapeutów jest nieoceniona, można też próbować samemu. Kobiety są psychicznie mocniejsze, to daje pewien krzywy obraz mężczyznom którzy przy takiej skali cierpienia jaką serwują swojej kobiecie już dawno by poszli w jakieś ciężkie środki. Myślę że minie jeszcze sporo czasu zanim obraz kobiety uzależnionej od mężczyzny się zmieni w męskiej świadomości, bo emanującej niezależnością atrakcyjne tym sposobem kobiety za którą mężczyzna dałby się pokroić i za co by ją szanował jest z dala od przekonania, a co najwyżej w telewizji. Zachowania z krajów 3 świata rażą ale jeszcze niezbyt mocno. Takie dyskusje są potrzebne, nie tylko w internecie, ale i w szkołach, domach bo inaczej prędzej czy później odbędą się na lekarskich kozetkach.

  • Volusya

    Mam tatę skończonego jełopa, walcem przejechał po mnie i młodym. Ja dzięki losowi i studiom trafiłam na super terapeutę podczas studiów, rok… Poprostowalismy ale tylko trochę. Mama dalej w tym siedzi nie chce terapii, czasem ma zrywy a potem znów od nowa. Młody Na ile mógł sam sobie poradził a raczej nie …. Niestety ja poznałam podobną wersję i wyszłam za… Urodziłam moją księżniczkę … Po 10 latach wróciłam … :-) od 1,5 roku we dwie… Nigdy nie byłam tak spokojna, opanowana, nierozpieprzona… Teraz staram się uważać… Czerwona lampka zapala się szybko, na czas… I żyję :-) zobaczymy co znajdziemy w nim ciekawego :-)

  • Wiśnia

    Tekst o ojcach trafia idealnie w punkt, tylko ja już jako dziecko oglądające ten cały syf, płacz matki i poniżenie jakie musiała znosić przez całe życie, obiecałam sobie że ja tak nie skończę, ja tak nie chce. Nie zasługuję na to. Trzymałam się z daleka od facetów którzy zachowywali się jak mój „tata”. Nie robiłam niczego na siłę, nie wchodziłam w beznadziejne związki ale też nigdy nie bałam się być sama. Może dlatego mi wyszło i od paru lat jestem z fajnym wartościowym facetem. Nie zmienia to jednak faktu że zostają rysy i obraz płaczącej mamy a to najgorsze wspomnienie z dzieciństwa.