6 serialowych bohaterek, które każda z nas powinna znać

Tak, wiem, to kolejny tekst z cyklu pięć czegoś tam, co coś tam :) ale wyskoczyła mi dzisiaj z lodówki Samantha Jones, ikona serialu „Seks w wielkim mieście” i postanowiłam przypomnieć Wam (jak również samej sobie) być może trochę już zapomniane, a także nie do końca znane, bo niepopularne w Polsce, wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju, odważne serialowe heroiny. Uff, to było długie zdanie. Obiecuję, za chwilę zrobi się bardziej dynamicznie. Ach, i pomijam bohaterki, które są teraz albo przed chwilą były na topie, typu Jane Osbourne z „Opowieści podręcznej”, Jessę z „Girls” czy tytułową bezimienną bohaterkę „Fleabag”, bo to by było zbyt oczywiste.

 

#1. Samantha Jones. Przeżyjmy to jeszcze raz

 

This bitch. Ikona. Samantha fuckin’ Jones. Jakkolwiek byśmy jej nie nazwały, Samantha – raz poznana – już nigdy nie pozwoli o sobie zapomnieć. Bohaterka, która pod koniec ubiegłego wieku, gdy wystartował serial „Sex and the City”, swoją bezpruderyjnością, wysokim poczuciem własnej wartości i pozytywną seksualnością przyprawiała o sinicę jaj co poniektórych konserwatywnych dziadów (i dziadówy). 

Jako jedyna z paczki czterech przyjaciółek, Samantha nigdy nie uzależniała swojego poczucia szczęścia i spełnienia od posiadania męża i dzieci. Ba! Otwarcie mówiła, że od związku woli niezobowiązujące relacje, od rodziny – karierę, a od domu na przedmieściach – apartament na Manhattanie. Skoro dziś wciąż kobiety, które w ten sposób podchodzą do życia, uważane są za wybrakowane, pomyślcie sobie, co taka Samantha robiła z mózgu facetom na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych.

Kim Cattrall, która wcieliła się w rolę Samanthy, pomogła setkom tysięcy kobiet na całym świecie otworzyć się na własną seksualność, na poznawanie swojego ciała i swoich potrzeb. Pokazała nam, że możemy być samowystarczalne w każdym aspekcie naszego życia, o ile tylko same w to uwierzymy. 

A poniżej dwie z moich ukochanych scen z Samanthą w roli głównej. Enjoy. 

Drugiego fragmentu nie mogę tu umieścić, bo YouTube nałożył na filmik ograniczenia wiekowe xD ale możecie sobie go obejrzeć tutaj (tak od 01:45).

Dorzucam jeszcze jako smaczek kilka cytatów z Samanthy na różne ciekawe tematy ;)

O blow jobach: „Honey, they don’t call it a job for nothing”.
O polityce: „I don’t believe in the republican party nor the democratic party. I just believe in parties”.
O seksualności: „I’m trysexual. I will try anything once”.
O mężczyznach: „Men do this all the time. Women walk around thinking ‚we’, and their version of ‚we’ is ‚me and my dick’.”
O miłości: „I’m done with great love, I’m back to great lovers”.
O martwieniu się, co powiedzą inni: „If I worried what every bitch in New York was saying about me, I’d never leave the house”.

 

#2. Miriam „Midge” Maisel. Wspaniała do bólu

 

Bohaterka serialu „Marvelous Mrs. Maisel” zagrana fenomenalnie przez Rachel Brosnahan skradła moje serce, ale wcale nie tak od razu. Na początku bowiem wspomnianą Panią Maisel poznajemy od najgorszej (choć w jej mniemaniu najlepszej) strony. 

Otóż Midge co noc czeka, aż jej małżonek zaśnie, by po cichu zakraść się do łazienki, zdjąć sztuczne rzęsy, zmyć makijaż i nałożyć wałki. Każdego ranka wstaje pół godziny przed mężem, by założyć sztuczne rzęsy, zrobić makijaż i ułożyć włosy. Cel? Wiadomo – stary nie może zobaczyć, jak wygląda rozczochrana i bez tapety, bo jeszcze by uciekł. Obserwujemy, jak każdego dnia piękna Midge mierzy obwód uda, ramienia, talii i kostki, by nie przytyć choć o pół kilograma. Jako przykładna żydowska żona i matka biega po koszerne mięso do rzeźnika, zajmuje się dziećmi oraz wspiera męża w jego niezbyt udanej karierze stand upera, a raczej – jak mówiło się wtedy – komika, bo akcja dzieje się w latach 50-tych ubiegłego wieku.  

Midge, choć do urzygania perfekcyjna, jest też zabawna. O wiele bardziej zabawna od swojego męża, choć sama chyba nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Wszystko zmienia się, kiedy odkrywa, że mąż ma romans z sekretarką. Nagle okazuje się, że bycie idealną i posłuszną wcale nie gwarantuje pięknego, miłego życia, a wręcz przeciwnie. Midge w płaszczu zarzuconym na koszulę nocną i z butelką wina pod pachą wychodzi z domu w środku nocy, wsiada do metra, następnie moknie w deszczu i ostatecznie jako obraz nędzy i rozpaczy ląduje w klubie, w którym o występy starał się jej mąż. Nieproszona, ale za to dobrze zrobiona winem wchodzi na scenę i zaczyna opowiadać, co jej się przydarzyło. 

Jak łatwo się domyśleć, jest to początek metamorfozy Midge, która z potulnej żony przekonanej o tym, że świat zaczyna się i kończy na mężu, zaczyna dostrzegać, że istnieją też inne ważne rzeczy w życiu, jak realizowanie własnych pasji, dostrzeganie swoich potrzeb, uniezależnienie się finansowe.

Midge coraz bardziej wychodzi poza społeczną bańkę, w której do tej pory funkcjonowała, ale wciąż wstydzi się przyznać przed rodziną, że robi karierę jako stand-uperka. Tymczasem uczy się, jak funkcjonować w środowisku zdominowanym przez mężczyzn, którym nie podoba się kobieta robiąca to, co oni. Poznaje słodki smak zwycięstw i gorzki porażek. Dociera do niej, że to nie wygląd, ale inteligencja i poczucie humoru są jej największym atutem. No i w końcu zalicza prawdziwy przełom, gdy jej rodzice dowiadują się, że córka jest komiczką.

Obserwowanie, jak wspaniała Pani Maisel z sezonu na sezon robi się coraz wspanialsza (czytaj: coraz bardziej ludzka, niezależna, zabawna i otwarta na nowe) sprawia niebywałą wręcz przyjemność. 

 

#3. Magda M.

 

Nie no, bez jaj, tak Was tylko wkręcam xD

 

#3. Eileen „Candy” Merrell. Od prostytutki do reżyserki

 

Eileen poznajemy w momencie, kiedy na ulicach Nowego Jorku zajmuje się najstarszym zawodem świata, czyli kamieniarstwem. Wybaczcie, jestem dziś w durnym humorze 0_o. Eileen w nocy staje się Candy: zakłada blond perukę i zarabia na Times Square świadcząc usługi seksualne. W ciągu dnia znów jest sobą – ciemnowłosą, samotną matką, która wychowuje kilkuletniego syna. Mimo wciąż jeszcze młodego wieku, Eileen widziała chyba już wszystko: od agresywnych alfonsów dbających tylko o własny interes, przez perwersyjne zachcianki klientów, po martwe koleżanki ginące z rąk obu powyższych. Brutalny, zmaskulinizowany świat, w którym żyje kobieta, nie ogranicza jej jednak, żeby iść po swoje. 

Zagrana przez Maggie Gyllenhaal jedna z wielu bohaterek i bohaterów rozgrywającego się w latach 70. ubiegłego wieku „The Deuce” jest wizjonerką. Wybiega przed szereg, a gdy dostrzega okazję, chwyta ją i wyciska jak cytrynę. Mimo, że wiele razy poniżana, wyśmiewana, a nawet bita, Eileen zna swoją wartość i – podobnie jak Samantha Jones – zawsze trzyma głowę wysoko. Nie wstydzi się, kim jest, ani co robi. Ale kiedy pojawia się szansa na to, by wejść do branży filmowej, nie zastanawia się ani chwili. Eileen zostaje gwiazdą porno, jednak szybko dociera do niej, że ten świat niczym nie różni się od świata prostytucji – tu też wszystko kręci się wokół mężczyzn: ich potrzeb, ich zachcianek, ich władzy i dominacji. To świat okrutny i pełen przemocy, w którym nie ma miejsca dla odważnych kobiet. Do czasu. 

Eileen ma marzenie – nakręcić film porno o kobietach i dla kobiet. Film porno, gdzie spełniane są kobiece fantazje i potrzeby. Gdzie to kobieta postawiona zostaje na pierwszym miejscu, a na koniec facet nie dochodzi na jej twarz albo inną część działa. I wiecie co? Eileen robi ten pieprzony film, który okazuje się sukcesem.

Sukcesem, którego Eileen nie doczeka…

Niestety nie udało mi się znaleźć żadnego fajnego fragmentu z Eileen na YouTubie, więc wrzucam trailer serialu. 

 

#4. Katarzyna. Satan save the queen

 

Ten śródtytuł nie wziął się znikąd, albowiem jako ateistka zupełnie nieprzekonana do katolickiej (i związanej z jakąkolwiek inną religią) koncepcji Boga, skłaniam się raczej ku cytatowi z „Mistrza i Małgorzaty” (a właściwie z Goethego, ale mniejsza o większość) opisującego Szatana: „Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”. No więc mniej więcej tak samo miała Katarzyna.

Mowa oczywiście o serialu „Wielka”, który w groteskowy, ironiczny i cudownie Gombrowiczowski sposób ukazuje życie i panowanie Katarzyny Wielkiej w XVIII-wiecznej Rosji. Od razu zaznaczę, co czynią też zresztą twórcy serialu, że opowiedziana przez nich historia tylko miejscami jest prawdziwa. Ale to nic, bo serial ogląda się wybornie, a poziom kuriozum nie przestaje zaskakiwać. 

Młodziutką Katarzynę graną przez niesamowitą Elle Fanning poznajemy w momencie, gdy przybywa na Rosyjski dwór, by poślubić nie do końca miłościwie panującego Piotra III. Katarzyna, jakby nie patrzeć pochodząca z nieco bardziej cywilizowanych rejonów, początkowo nie do końca odnajduje się na barbarzyńskim Wschodzie. Na dodatek nowy mąż interesuje się Katarzyną wyłącznie pod kątem zapłodnienia (czytaj: powołania na świat następcy, oczywiście płci męskiej), a pozostały czas poświęca na szeroko pojętą zabawę (od dziwacznych polowań, przez dziwaczne imprezy, po dziwaczne zachcianki seksualne). 

Katarzyna szybko orientuje się, że Piotr III jest – mówiąc wprost – carem z dupy, który nie ma pojęciu o rządzeniu, nie odpowiada na potrzeby ludu i w żaden sposób nie dąży do tego, by rozwijać swój kraj. Dworzanie zresztą nie są o wiele lepsi – interesuje ich głównie zabawa, nie mają pojęcia o sztuce i literaturze, nie potrafią prowadzić rozmowy innej niż oparta na durnych żartach lub plotkach. 

Wyedukowana, elokwentna i cholernie inteligentna Katarzyna nie potrafi się w tym środowisku odnaleźć. Zaczyna więc, na własną rękę, wprowadzać kolejne zmiany, od mniejszych po coraz większe (np. otwiera pierwszą w kraju szkołę dla kobiet), by ostatecznie totalnie zmanipulować Piotra III i przejąć władzę nad Rosją. Umówmy się, serialowa Kaśka, podobnie jak ta, która żyła naprawdę, jest badassem. Z tym, że caryca Katarzyna zajebała swojego męża i zrobiła jeszcze kilka innych mało przyjemnych rzeczy, na przykład brała udział w rozbiorze Polski, ale nie o tym jest ten tekst. 

Na Filmwebie jeden z krytyków (o zgrozo płci męskiej xD) podsumował serial jednym bardzo trafnym zdaniem: „O, jaka wspaniała beka z patriarchatu!”. Nic dodać, nic ująć. 

Kaśka forever. 

 

#5. Fiona Gallagher. Ty moja patusiaroooo

 

Wyobraź sobie, że masz 9 lat, Twoja dwubiegunowa matka uzależniona od dragów nagle przepada jak kamień w wodę, Twój ojciec alkoholik, narkoman i narcyz mitoman myśli tylko o tym, jak się najebać, naćpać i udowodnić sobie swoją wielkość, a Ty musisz zająć się piątką rodzeństwa. Yup, o tym właśnie jest serial „Shameless” (US, nie UK, wersja brytyjska ssie), a grająca rolę Fiony Emma Rossum od razu skradła moje serce. 

Jest twarda. Jest zaradna. Jest opiekuńcza dla swoich bliskich. A przy tym wszystkim, przez co przechodzi, potrafi zachować pogodę ducha. Fiona wciąż i wciąż popełnia błąd, który popełniają wszystkie heteroseksualne lub biseksualne laski z patologicznych rodzin, a mianowicie wchodzi w związki z chujowymi facetami. Bad boyami, typami spod ciemnej gwiazdy, kłamcami i narcystycznymi dupkami. Natomiast gdy przytrafia jej się w końcu jakiś przysłowiowy „nice guy”, sabotuje ten związek, bo żyje w przekonaniu, że na niego nie zasługuje. Been there, done that, rozumiem typiarę. 

Serial ma 11 sezonów, więc można umrzeć, oglądając go, ale dzięki temu mamy niepowtarzalną okazję patrzeć na rozkwit bohaterki – jak z dziewczyny z chicagowskiego getta przekonanej o tym, że na nic dobrego w życiu nie zasługuje, powoli przekonuje się, że to wcale nie musi być prawda. Że niekoniecznie wszyscy muszą traktować ją jak jej patorodzice. Że jest na tyle inteligentna i przedsiębiorcza, że może – zamiast wiecznie nalewać kawę i rozwozić cudze pranie – zostać menadżerką knajpy i mieć własną pralnię. 

Fiona rozwija się, pnie po szczeblach kariery, w międzyczasie cały czas szukając miłości i kiedy przychodzi moment, że ma już wszystko – własne mieszkanie, super dochody, świetnego faceta – jej świat się zawala. Koleś okazuje się być spierdoliną, inwestycja, w którą włożyła pieniądze, nie wypala, a żeby wygrzebać się z długów, musi sprzedać budynek, który dawał jej środki do życia. Z dnia na dzień Fiona traci wszystko i – choć jest bliska powtórzenia błędów swoich starych – na końcu podnosi się, otrzepuje i idzie dalej po swoje. 

Jeśli już ktoś z tego zestawienia ma być Fuckin’ G., będzie to właśnie Fiona Gallagher. 
 

#6. Las de Ultima Fila. Bohaterka zbiorowa

 

Pięć przyjaciółek w wieku 30-40 nagle goli głowy, a następnie wyrusza w podróż, podczas której mają zrealizować pięć wyzwań zamkniętych w drewnianej skrzynce – po jednym od każdej, wrzucone anonimowo. Żadna z nich nie wie, co przyjdzie jej zrobić, poza wyzwaniem, które sama wymyśliła. A te bywają dość ekstremalne.

Od samego początku wiemy, że ten wyjazd dla każdej z nich ma stać się oczyszczeniem, osobistą podróżą w zrozumieniu samej siebie. Nie do końca wiadomo, dlaczego zdecydowały się na tak drastyczny w naszej kulturze krok jak pozbawienie się jednego z atrybutów kobiecości. Oficjalna wersja mówi, że jedna z nich ma raka, a reszta goli głowy w geście solidarności. Czy jednak tak jest naprawdę?

To historia o tym, że konfrontacja z samą sobą, stanięcie twarzą w twarz z własnymi lękami, traumami i nieprzepracowanymi dotąd sprawami bywa niezbędne, jeśli chcemy zrobić krok do przodu. To również historia o tym, że o wiele łatwiej Ci to przychodzi, jeśli masz wokół siebie kochające, wspierające przyjaciółki. Scena, w której spotykają się po raz pierwszy po dekapitacji (sorry, ja naprawdę dziś mam crindżowy nastrój) po ogoleniu głów, jest jedną z najfajniejszych, jakie w życiu widziałam.

„Dziewczyny z ostatnich ławek” to nowy hiszpański serial drogi opowiadający historię Sary, Almy, Carol, Leo i Olgi. W ich role wcieliły się: Itsaso Arana, Monica Miranda, Maria Rodrigues Soto, Mariona Teres i Godeliv van den Brandt

Każda z nich jest inna. Olga to zadeklarowana singielka, która ceni sobie swoją własną przestrzeń. Leo ma kompleksy, które ją hamują i ewidentny problem z alkoholem. Carol tkwi w nieszczęśliwym małżeństwie. Alma jest lesbijką, chyba najbardziej otwartą i pogodzoną ze sobą spośród wszystkich dziewczyn. A Sara ma super faceta i córkę, którą kocha nad życie, ale niestety podczas wyjazdu uświadamia sobie, że od dawna czuje coś więcej do jednej z przyjaciółek…

To piękna, zabawna i mocna opowieść o sile siostrzeństwa. O tym, jak zamiast nawzajem sobie dopierdalać i walczyć o kwestie drugorzędne (jak np. awans, mężczyzna, etc.) powinnyśmy być dla siebie nawzajem wsparciem i ukojeniem. Albowiem, jak powiedziała kiedyś Madeleine Albright, dyplomatka i polityczka, „W piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które nie wspierają innych kobiet”. Amen.

0 Like

Share This Story

Ludzie
  • Katarina

    Samanthę wielbię, kocham, podziwiam, cytuję ( a jej cytat o małżeństwie mam na bluzie ). Dzięki niej przestałam się pierdolić w tańcu i mówię co myślę.